Ta muzyka była tylko dla nas [relacja z „Czekając na Chopina” Michała Znanieckiego

fot. Mateusz Mioduszewski

Ks. ADRIAN NOWAK: Czy przy Chopinie można się bawić? Okazuje się, że tak i to całkiem nieźle. Nie, nie zwariowałem. Przed chwilą wróciłem z premierowego spektaklu „Czekając na Chopina”, który zauroczył mnie niesamowicie.

Byliście kiedyś paryskim salonie? Pewnie nie, ja też zresztą nie. Ale ten wieczór na moment przeniósł mnie właśnie tam. Do czasów, gdzie czekano na Chopina jako na gościa wyjątkowego. A że stan jego zdrowia nie zawsze pozwalał mu przybyć, to atmosfera tych oczekiwań była niecodzienna.
Michał Znaniecki zrealizował swój autorski spektakl w wytwornym stylu. Sala imienia Adama Didura w Bytomiu z łatwością przemieniła się w taki właśnie paryski salon, w którym na środku stoi fortepian, a wokół zasiadają finansowa i intelektualna elita ówczesnego świata. Dokładnie tak czuje się widz, który przychodzi na ten spektakl. Soliści, grają swoje role, nim zacznie się samo przedstawienie. Właściwie to nie wiadomo, kiedy ono się zaczyna. Na salony wprowadzają widza zacne osobistości: Delfina Potocka (Renata Dobosz), faworyta Maria Wodzińska (Anna Noworzyn-Sławińska), a w samym salonie oczekuje na gości nie kto inny tylko George Sand, w której rolę wcieliła się Anna Ratajczyk – asystentka reżysera jednocześnie. Do widzów zwracają się per hrabino i hrabio, wypytują o garderobę, wskazują miejsca i tak naprawdę nawet nie wiesz, kiedy stajesz się częścią przedstawienia, kiedy sam zaczynasz w nim grać.


Fot. Teresa Grotowska

A potem jest już tylko lepiej. Nagle wpada Pauline Viardot (w tej roli Mercelina Beucher), która śpiewa słynną arię Belliniego z Normy: Casta Diva, a widzowie mimowolnie stają się jej chórem. Można zapytać skąd nagle ta aria. Chopin dokonał transkrypcji na fortepian tejże partii, tak więc jest ona tu całkiem zasadna. A na tym nie koniec. Kto nie zna słynnego „Życzenia”? Podpowiem – „Gdybym ja była słoneczkiem na niebie…” – tak, znów cały salon śpiewa wraz z artystami. A co się dzieje przy Tarantelli As-dur op.43? Publiczność wraz z artystami poderwana jest do tańca. I nikt już nie jest skrępowany. Wszyscy bawią się wyśmienicie, szczególnie, że jak to na salonach bywało, każdy zostaje poczęstowany lampką szampana. No czego chcieć więcej? Dwie godziny mijają niespostrzeżenie przy wspaniałej muzyce Chopina i nie tylko, bo pojawia się i Liszt, i Pixis, i Czerny, i Thalberg, nawet miauczą koty Rossiniego. I choć usprawiedliwiając się listem i stanem zdrowia, oczekiwany gość ostatecznie nie przybywa, to i tak warto na niego czekać.

Spektakl bawi ale i wzrusza. Jak mówi sam autor Michał Znaniecki – nie pada tam ani jedno jego słowo, cała narracja to cytaty, głównie z George Sand i jej zapisków. Pisze ona, że „fortepian odsłonił wszystkie jego namiętności…”, czy też pokazując istotę osobowości Chopina, powie: „Delikatni są nieszczęśliwi”, bo ona doskonale znała delikatność Chopina i jego wrażliwość.


fot. Mateusz Mioduszewski

To kolejny spektakl Opery Śląskiej, który trzeba zobaczyć. Ja osobiście niebawem wybiorę się znów. A samo przedstawienie, naprawdę pokazuje jak łatwo muzyka łagodzi obyczaje i jak bardzo jednoczy nas, nieraz tak zamkniętych w sobie.

Chwilę po spektaklu, kiedy opowiadałem go bliskiej mi osobie, która nie mogła się wybrać usłyszałem słowa, które niech będą komplementem dla Twórców i aktorów. Powiedziano mi: „Jesteś szczęśliwie radosny po tym przedstawieniu”. Tak. Jestem i chce pozostać, bo muzyka ta potrafi dać radość. A przecież po to powstaje, po dziś dzień.

Przyjdźcie, wybierzcie się, by poczekać na Chopina. Może tym razem przyjdzie… A nawet jeśli nie – przez chwilę poczujecie się, jakby ta muzyka była tylko dla was. Dla mnie właśnie taką się znów stała.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów