Ten niemożliwy Nowy Jork

Kinga Augustyn, polska skrzypaczka, która mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Tematem rozmowy będzie właśnie to miasto, tak niezwykłe i tak rozbudzające wyobraźnię. Nowy Jork oczyma muzyka. Dlaczego niemożliwy? Bo zdarzało mi się w życiu słyszeć opinie krańcowe: że nie jest możliwe w nim żyć. Ale także coś wręcz przeciwnego – że niemożliwe jest żyć bez niego. Jak to właściwie jest, z tym Nowym Jorkiem?
 
Muzyka to sposób na życie – i temat numeru Presto #15, do którego zaprosi Cię Maria Napieraj w kwietniu! Tymczasem Kinga Augustyn opowie o swoim sposobie na życie…
 
Władysław Rokiciński: Jak Nowy Jork zaczął się dla Pani? Czy to los tam Panią rzucił, czy też dążyła Pani do tego, marzyła o tym i planowała wyjazd?
Kinga Augustyn:
To, że wylądowałam w Nowym Jorku, to zrządzenie losu. Kończyłam liceum muzyczne we Wrocławiu w tempie przyśpieszonym. Będąc w klasie maturalnej, byłam również uczennicą (tzw. Jungstudentin) w Niemczech. Miałam tam fantastycznego profesora, Petru Munteanu, i u niego planowałam kontynuować studia również po ukończeniu wrocławskiego liceum. Jednakże wyszło zupełnie inaczej. Kiedy jeździłam do Hamburga, byłam jeszcze niepełnoletnia, zaaranżowano więc, żebym zatrzymywała się u bardzo religijnej rodziny: w domu pastora. Miało być dobrze, ale nie było. Syn pastora, 35-letni facet, wszędzie się za mną wlókł i wydzwaniał do mnie bez przerwy. Jego matka natomiast informowała moją mamę, że byłby dla mnie wspaniałym kandydatem na męża. Ach! Za dużo to dla mnie było stresu i jako 17-letnia osoba, myśląca tylko o muzyce i skrzypcach, nie umiałam sobie z tym fantem poradzić. Rozchorowałam się bardzo. Następnie, z 40 stopniami gorączki, w ostatniej chwili poleciałam do Nowego Jorku na przesłuchanie do szkoły Juilliard. I udało się... Dostałam świetne stypendium na studia w najbardziej prestiżowej uczelni artystycznej na świecie. Niestety jednak prof. Munteanu pogniewał się na mnie prawdopodobnie już na zawsze. Ale cóż, nie miałam wyboru. Trzeba było ratować własną skórę i uciekać do Ameryki!
 
Sprawdź, jak gra Kinga Augustyn, recenzja płyty

 
A jakie było pierwsze wrażenie? Pierwsza myśl, pierwsze uczucie, kiedy Pani się już tam znalazła?
Najpierw był SZOK. Te wysokie budynki nowojorskiej metropolii strasznie mnie przerażały. Ponadto moja znajomość angielskiego była marna. Niełatwo mi było. W niedługim jednak czasie nawiązałam przyjazne relacje z koleżankami, które w większości przypadków również przyleciały na studia zza granicy i jakoś powoli zaczęłam się odnajdywać w środowisku uczelnianym. Tak jak inni, ćwiczyłam dużo. Obserwując znajomych, często przychodziło mi do głowy polskie powiedzenie, że „chodzą jak na rzęsach”, czyli że widać po nich było, iż pracują ciężko. Podobało mi się, że każdy student-rówieśnik wydawał się bardzo skoncentrowany na sobie i wiedział, czego chciał. Nikt nie pytał mnie: „Co grasz?” Każdy pilnował własnych spraw, a wieczorami gawędziliśmy wspólnie o zupełnie czymś innym. Lubiłam taką atmosferę studiowania i pracy nad sobą. Oczywiście, nie zawsze wszystko układało się różowo. Marzyłam mimo to, żeby czas studiów nigdy się nie skończył. I kto wie, może tak naprawdę rzeczywiście nigdy się nie skończył. Mimo uzyskanych dwóch dyplomów z Juilliard (Bachelors i Masters), a potem jeszcze obrony doktoratu w Stony Brook University w Nowym Jorku, nauczyciele w Juilliard na zawsze wpoili mi chęć stałego doskonalenia swoich umiejętności i bezustannego rozwoju. Nie chodzi tu jednak o bycie pracoholikiem. Chodzi o coś znacznie większego.

 
Życie muzyką? A jak to jest – żyć muzyką i z muzyki w Nowym Jorku? Myśli Pani, że łatwiej, niż gdzie indziej? Jest to bądź co bądź jedna z kulturalnych stolic świata.
Nie wiem, czy łatwiej, czy trudniej. Pewnie częściowo podobnie jak w innych miastach, ale skoro Nowy Jork mamy tylko jeden, to raczej nie tak samo. W Nowym Jorku jest WSZYSTKO. Mówiąc to mam na myśli zarówno to, co dobre, jak i to, co złe. Od każdego indywidualnie zależy więc to, czego tu będzie szukał i co w rezultacie znajdzie. Na pewno jednak nie można siedzieć w domu i nic nie robić. Zacznijmy od tego, że na Manhattanie czynsz jest baaaardzo wysoki! Trzeba bezustannie walczyć, dzięki czemu na pewno nigdy nie jest nudno. Żeby się przebić przez niemałą konkurencję nowojorską, trzeba być mądrym i zaradnym.

Jak jest z życiem muzycznym Nowego Jorku?
Wracając do tego, co powiedziałam wcześniej – czyli, że w Nowym Jorku mamy wszystko, zarówno dobre, jak i złe – koncerty muzyczne mamy tu zarówno na najwyższym poziomie, jak i te dużo słabsze. Dzieje się tutaj tak wiele, że każdego dnia są do wyboru setki wydarzeń artystycznych, co dla melomanów muzycznych oznacza raj. Jeśli natomiast chodzi o wykonawców – jest wiele orkiestr, w których można szukać pracy. Można także chałturzyć. Dla każdego coś się znajdzie.
To tak ogólnie. Jeśli natomiast chodzi o mnie, nie szukam pracy w orkiestrze, ani chałtur. Żadna z tych wymienionych form pracy nie jest przedmiotem mojego zainteresowania. Bardzo doceniam dobrych muzyków orkiestrowych. Znam ich bardzo wielu i podziwiam to, co robią. Jednakże sama nie widzę się za pulpitem nawet w najlepszej orkiestrze. Zdecydowanie wolę grę solistyczną i recitale, w tym także muzykę kameralną. Dążę w związku z tym do tego, aby taką właśnie działalność kontynuować i poszerzać. Ponadto lubię uczyć i mam do tego smykałkę. Mam wielu dobrych uczniów.
 
Najnowsza płyta Kingi Augustyn – jak zmieniła się przez rok?

 
Co jest Pani w Nowym Jorku najbliższe? Pytam o atmosferę, o aurę.
Nie wiem, czy mogę odpowiedzieć, że „coś” jest mi najbliższe. Najbliżsi, bądź co bądź, są ludzie i chociaż mam wielu przyjaciół tutaj, na miejscu, moja rodzina jest w Europie. Mama jest w Polsce, brat w Szwecji. Nowy Jork po prostu bardzo lubię i przyzwyczaiłam się do tutejszego życia. Odpowiada mi „szybki oddech” tej metropolii, a w tym może nawet ten „wyścig szczurów”, jak nazwała Nowy Jork moja mama po pierwszych odwiedzinach u mnie. Kilka razy zastanawiałam się, czy nie przenieść się do innego miasta i nie spróbować czegoś innego. Prawda jest taka, że rodzaj pracy, którą ja wykonuję – czyli koncertowanie, czego częścią jest podróżowanie – niekoniecznie wymaga właśnie Nowego Jorku. Obecnie o wiele łatwiej jest się poruszać po świecie, niż 50 lat temu. Jednakże tu jest moja baza i punkt wyjścia. Tu mam kontakty. Nowy Jork uważam za najodpowiedniejsze miejsce dla mnie. Stąd więc zamierzam wspinać się jak najwyżej.

Koncertowała Pani na pewno w wielu tamtejszych – mniejszych i większych – salach koncertowych. Którą z nich wspomina Pani najcieplej? A która wzbudziła Pani największy podziw?
Dotychczas największym zaszczytem było dla mnie wystąpić w głównej sali Carnegie Hall. Miałam tę przyjemność w 2009 r. Występ udał się fantastycznie. Czułam, że swoją grą opowiadałam historię o wspaniałych artystach, którzy tu występowali. Miejsce jest doprawdy niesamowite. Ponadto akustycznie niezrównane.
Uwielbiam też grać w najmniejszej sali Carnegie Hall – Weill Recital Hall. Występowałam w niej wielokrotnie i czuję się w niej jak w domu. Innym niezmiernie przyjemnym miejscem jest piękna sala Metropolitan Museum of Art. Grałam tam recital w roku 2007. Do dzisiaj mile go wspominam.

 
A może jest taka, w której nie chciałaby już Pani więcej zagrać?
Raczej nie ma takiej sali, w której nigdy więcej nie chciałabym zagrać. Z głowy nie pamiętam, które organizacje okazały się nieprofesjonalne i nie chciałabym już z nimi współpracować. Powtórnie okazuje się natomiast, że to nie miejsce, tylko ludzie potrafią sprawić, że będę miała takie bądź inne odczucia.

Jacy są nowojorscy melomani? Czy to zamknięty świat, czy też może w NYC muzyce klasycznej udało się „zbłądzić pod strzechy”?
Generalnie publiczność jest otwarta na wszelkie nowości repertuarowe i wykonawcze. Tutaj więc, bardziej niż gdziekolwiek indziej w Stanach, można wykonywać muzykę mało znaną. Ja zresztą zawsze lubię wplatać do programu z utworami standardowymi coś, czego nikt nigdy wcześniej nie słyszał. Czasami są to nawet utwory XIX-wieczne, np. Aleksandra Zarzyckiego, którego nikt tu nie zna. A czasami bardzo wariackie utwory współczesne. Taką muzykę też lubię, jeżeli jest dobra!

Jaka jest współczesna muzyka amerykańska?
Różna. Mamy wielu kompozytorów. Wiele różnych stylów i wiele eksperymentowania. Od dawna współpracuję z wieloma kompozytorami muzyki współczesnej. Jest wśród nich prof. Michael White, którego znam z Juilliard i który skomponował dla mnie już kilka fantastycznych utworów.

Czy Nowy Jork jest miastem niemożliwym?
Myślę, że odpowiadając na inne Pana pytania, razem będziemy w stanie dojść do tego, że Nowy Jork właściwie jest miastem – możliwym. Trzeba sobie tylko stworzyć właśnie wszelkie możliwości, a to nie przychodzi samo. Ani łatwo.

Z Kingą Augustyn rozmawiał Władysław Rokiciński

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów