Uwodzicielski indywidualista

fot. Pexels

Czy jakaś muzyka zmieniła moje życie? Eee, bez przesady…no może trochę, ale o tym później.

Towarzyszy mi praktycznie przez całe życie. Zanim poszłam do szkoły muzycznej, w domu rozbrzmiewał i Koncert b-moll Czajkowskiego i Abba. „Marek i Wacek” i 40Symfonia Mozarta. Pamiętam, że okropnie nie lubiłam molowych melodii. Albo płakałam – albo wściekałam się i chciałam, żeby to wyłączyli. Na zdjęciach z tamtego czasu mam zwykle bardzo smutną minę. Widocznie moje protesty na wiele się nie zdały. Potem zaczęłam grać sama – i pewnie inni mieli smutną minę zmuszeni słuchać moich pierwszych kroków na niełatwym instrumencie, jakim jest wiolonczela. Może i do dziś czasem mają… a od tych początków to już 30 lat minęło!

I tak słuchałam sobie muzyki orkiestrowej, kameralnej, głównie smyczkowej, głównie tego, co mogłam zagrać sama, albo planowałam w przyszłości. Wielka zmiana nastąpiła równo 20 lat temu. Wtedy po raz pierwszy wybrałam się posłuchać konkursu chopinowskiego. Na szczęście moje liceum było dość liberalne w kwestii nieobecności, a wagary z okazji konkursu były chyba nawet mile widziane. Wtedy po raz pierwszy w życiu poczułam tak pozytywne emocje, taką adrenalinę i taką radość ze współdzielenia emocji z innymi słuchaczami. To był pamiętny konkurs z udziałem Aleksieja Sułtanowa. Pamiętam kombinacje z dostaniem się na finały, młodzież wypełniającą szczelnie przestrzeń na podłodze między fotelami, wbrew jakimkolwiek przepisom bezpieczeństwa.

Wtedy też pierwszy raz zrozumiałam, jak uniwersalnym przekazem jest muzyka, jak wdzięcznym tematem rozmów zupełnie obcych sobie ludzi – wszystkie przerwy były wypełnione wymianą spostrzeżeń z innymi podekscytowanymi słuchaczami, krytykami, nauczycielami. Szkoda, że nie znałam jeszcze wówczas angielskiego tak dobrze, by rozmawiać płynnie – ale pisane odręcznie listy od kanadyjskiego reportera dostawałam jeszcze jakiś czas po konkursie i czytałam ze słownikiem w ręku.

Ale najważniejsza była muzyka. Podczas tego pierwszego konkursu byłam totalną ignorantką, myliły mi się Preludia z Etiudami, a Scherza z Balladami. Do tej pory nie słuchałam przecież tych utworów. Wiadomo, w szkole muzycznej przynajmniej jednego poloneza czy mazurka trzeba było znać, ale nie można było poświęcać wszystkich zajęć wyłącznie na Chopina. Mimo to, ta muzyka przemawiała do mnie jak żadna inna. Nie tylko ona. Barwa brzmienia fortepianu. Jego wizualna elegancja. Jego moc. Chyba wtedy zdradziłam uczuciowo wiolonczelę – wydawała mi się tak uboga, kiedy po powrocie do domu musiałam poćwiczyć. Brakowało mi dynamiki, harmonii, rozległego rejestru fortepianu. Sama nic na nim zagrać nie umiałam, niestety moja edukacja nie zaczęła się od Poloneza-Fantazji, tylko od Krasnoludków i Skaczących żabek – tłuczonych niemiłosiernie jednym palcem. Trudno mi było w tych warunkach nawiązać jakąś uczuciową relację z klawiszowym instrumentem… a potem było już za późno.

Kolejne konkursy to coraz lepsza znajomość już nie tylko całego repertuaru, ale też coraz większe rozeznanie w detalach maestrii pianistów, różnicach brzmienia różnych marek fortepianów. Niezmienne było jedno – kiedy kończył się konkurs, nie mogłam przestać słuchać Chopina, wracałam dziesiątki, a nawet setki razy do różnych nagrań. Zamiast, po prawie miesiącu, nie móc słuchać tej muzyki bez obrzydzenia – ja nabierałam ochoty na więcej. W domu czułam się nierozumiana – nikt z rodziny nie podzielał w takim stopniu moich zachwytów, czasem słyszałam uprzejme ”co to za plumpkanie?”

Kłopoty zaczęły się sporo później. Zaczęłam się zakochiwać w pianistach. Pół biedy, jeśli grał pięknie, ale nie miał konkursowych aspiracji. Graliśmy sobie razem przez kilka lat, czasem ćwiczył w domu Etiudy Symfoniczne Schumanna. Później trafiłam na człowieka wyjątkowego. Artystę, który miał niezwykłą potrzebę dzielenia się światem swojej sztuki z każdym, kto również mógłby mieć na to ochotę. Godzinami siedziałam słuchając, jak ćwiczy. W pięknym salonie, na cudownym fortepianie Fazioli. Otworzył przede mną drzwi do wielkiej literatury fortepianowej – już nie tylko Chopin, ale Schumann, Schubert, Beethoven i Liszt stali się moimi ulubieńcami. Nie wiem, czy bardziej zakochałam się w tej muzyce, czy w młodym artyście, ale ten świat wciągnął mnie bez reszty. Tym samym np. przystojny altowiolista przegrał z kretesem – czego później nieraz żałowałam. Ale moja słabość do fortepianu mnie pokonała i trzymała mnie jeszcze długo. W międzyczasie przyszły eliminacje do kolejnego konkursu chopinowskiego. Etiuda gis-moll… delikatny, wrażliwy artysta nie przeszedł, a tym samym bezpieczny świat, w którym liczyło się tylko piękno – przestał istnieć. Pojawiły się wrogie emocje – żal, rozczarowanie, niedowierzanie, złość. Choć zgliszcza uczuć tliły się długo, to już nic nie było w stanie ich rozpalić na nowo. Po miłości została ruina.

Nie, ta do Chopina przetrwała. I do Schumanna też.

Jesienny konkurs przyniósł mi kolejny dar od losu. Młodziutkiego artystę, który pierwszym arpeggiem z Nokturnu H-dur powiedział wszystko o swojej pięknej, rosyjskiej duszy i przenikliwym intelekcie i stał się moim absolutnym faworytem. Już się nie zakochuję, to zbyt niebezpieczne. Ale jego muzyka od pięciu lat jest ze mną kiedy pracuję, kiedy chcę odpocząć, kiedy mi dobrze i kiedy źle. Na pewno już z kilkaset razy słuchałam jego wykonania Sonaty h-moll Chopina. PreludiówEtiud,Koncertu e-mollKoncertu Czajkowskiego i wielu innych utworów. Czasem, dla higieny przerzucam się na płytę innego pianisty – z muzyką rosyjską – i zwykle dopiero po czterokrotnym odsłuchaniu mam dość. Fortepian uwodzi, zachwyca siłą swojego indywidualizmu, porządkuje rozbiegane myśli, zmusza do skupienia, pobudza zmysły, mój mózg podświadomie walczy cały czas z łamigłówką skomplikowanych form i gęstych faktur, podąża za wyciąganymi z akordów motywami, znajdując w tym radość porównywalną do obcowania z bytem absolutnym.

Jeśli kiedyś przypadkiem trafię do raju – mam nadzieję, że będzie tam dobry fortepian i utalentowany pianista. Czemu nie pianistka? Nie wiem, nie znam ani jednej, która by mnie zachwyciła, może małe rączki i drobna postura po prostu nie korespondują z fortepianem, brakuje tej łatwości technicznej, jaką ma wielu pianistów z samym wielkorękim Rachmaninowem na czele. Chopin też miał małe dłonie – kto wie, może jego gra wcale by mi się nie podobała? A to by było…
Póki co, odczuwam wielką wdzięczność do losu, że żyję w tej samej epoce, co moi ulubieni pianiści, że słucham ich nie tylko na nagraniach, ale i na koncertach.

Tegoroczny konkurs będzie pierwszym, którego w ogóle nie posłucham na żywo. Muzyka będzie ta sama, transmisje live aktywne, ale czy będę umiała obejść się bez akustyki warszawskiej filharmonii, jej niepowtarzalnego zapachu, kolorów, tego międzynarodowego tłumu, tych gratulacji na gorąco zaraz po występach, rozmów ze stroicielami, odgłosu strojonych w przerwie fortepianów? Ale są i tego dobre strony – ominą mnie wszystkie złe emocje, spekulacje, zawiedzione nadzieje. A gdy Internet się spowolni i nie będę miała jak słuchać konkursu, zawsze mogę wrócić do nagrań.
I wpuścić do domu dźwięk najwspanialszego instrumentu świata w ukochanych interpretacjach.

Marzę, że kiedyś wygram w totka. Kupię wtedy mój ukochany egzemplarz fortepianu Fazioli,
ze znanego mi pięknego salonu. A potem dom (tak, w tej kolejności!). Instrument postawię w wielkim hallu i będę zapraszać ulubionych pianistów, żeby sobie ćwiczyli. Choćby i cztery takty na okrągło cały dzień. Zaplanowałam to już 5 lat temu. Ostatecznie może być jeden pianista, ten jedyny – chyba jeszcze nie straciłam do końca nadziei, że kiedyś jakiś poćwiczy specjalnie dla mnie. Ale jeśli snów się nie da w życie zmienić – altówki też ładnie brzmią.

AM

***
Jeśli chcesz się z nami podzielić swoją muzyczną opowieścią, napisz na adres: mymusicstory@prostoomuzyce.pl

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów