Wszyscy wolimy smutne zakończenia [relacja z „Romea i Julii” w Operze Nova]

fot. arch. ON

KINGA WOJCIECHOWSKA: Nie ma wdzięczniejszego tematu w literaturze do wyrażenia tańcem, ruchem, gestem, mimiką twarzy, niż historia Romea i Julii. Opowieść o tragicznej miłości dwojga młodych, syna i córki zaciętych wrogów z Werony, wyrażona słowem, może wydawać się zbyt pompatyczna lub anachroniczna, zbyt melodramatyczna. Zamknięta w tańcu z pełną mocą zaczyna działać na nas, widzów, dotykać najgłębszych pokładów naszej wrażliwości.

Opera Nova w Bydgoszczy właśnie balet „Romeo i Julia” do muzyki Siergieja Prokofiewa wybrała na wydarzenie inaugurujące 25. Międzynarodowy Festiwal Operowy. Dziwne? Otóż nie. Festiwal w swoim założeniu jest przeglądem ciekawych artystycznie muzycznych produkcji scenicznych i taniec do spółki z operą od zawsze łączy się podczas tego corocznego wydarzenia. To już zresztą trzecia realizacja tego baletu w Operze. Poprzednie przygotował w 1962 roku Rajmund Sobiesiak i w 1987 roku – Przemysław Śliwa.

Tu mała dygresja. Zanim zabrzmiała muzyka, przed kurtynę wyszedł dyrektor Opery Nova, Maciej Figas i przypomniał, jak powstał Festiwal. A początkowym zamierzeniem było pokazanie potencjału budynku Opery, której budowę rozpoczęto, ale której finału jakoś długo nie było widać. Dyrektor Figas wpadł wtedy na pomysł zorganizowania przeglądu oper z całej Polski. Dyrektorzy m.in. z Warszawy, Łodzi, Poznania odpowiedzieli na apel jednogłośnie i przywieźli do Bydgoszczy swoje najlepsze produkcje. Murem za organizacją Festiwalu stanęli także lokalni politycy i przedsiębiorcy. To gremium do dziś wspiera wydarzenie, a podczas Festiwalu możemy dziś oglądać nie tylko polskie ale i zagraniczne produkcje. Chciałabym powiedzieć, że dzięki temu Opera Nova jest jedynym miejscem, gdzie – bez wiz i paszportów czy przynajmniej wielogodzinnych podróży – można obejrzeć najlepsze europejskie opery i balety, ale jest lepiej – otóż niektóre z tych widowisk, zaproszone przez dyrektora Figasa, zaczynają podróżować po Polsce i można je obejrzeć także w innych ważnych instytucjach artystycznych. Chociażby jak w tym roku zespół Il Giardino d’Amore z widowiskiem baletowo-operowym NAÏS Jeana-Philippa Rameau gości nie tylko w Bydgoszczy ale i w Filharmonii Narodowej w Warszawie.

Wracając do „Romea i Julii” na deskach Opery Nova. Instytucja szczyci się różnymi nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi i tym razem także zostały one ciekawie wykorzystane. Gdy w trzecim akcie scena unosi się i nagle przenosimy się do ponurych katakumb, w których spoczywa ciało Julii, no cóż, atmosfera jest niesamowita…. Ale nie uprzedzajmy faktów.


fot. arch. ON

Początkowo nic tragedii nie zapowiada. Pierwszy akt jest pogodny, beztroski. Bohaterowie całkowicie wmieszani w tłum. Miałam kłopot z rozszyfrowaniem, która z tancerek to Julia, który z tancerzy – Romeo. Po pierwszym akcie wyszłam nieco zdezorientowana i z mieszanymi uczuciami wróciłam na salę po przerwie.

Post factum mogę życzliwie stwierdzić, że te pierwsze kilkanaście minut to była tylko łagodna rozgrzewka, wprowadzenie widzów w temat i w klimat baletu. Drugi i trzeci akt to już finezyjne popisy nie tylko taneczne ale przede wszystkim – aktorskie. Siedząc blisko sceny, tuż przy kanale orkiestrowym, dałam się porwać tancerzom, bohaterom opowieści. Pomógł mi w tym oczywiście Paul Chalmer, kanadyjski choreograf i były tancerz (w dorobku ma oczywiście rolę Romea) wielu uznanych scen świata, łącznie z mediolańską La Scalą. Chalmer układa choreografie baletowe od ponad 20 lat „Romea i Julię” przygotował już kilkukrotnie, zanim zawitał w Bydgoszczy. W nieskomplikowanej, zupełnie wystarczającej i klarownej scenografii Diany Marszałek tancerze odnaleźli się doskonale.

Muzycznie wspierała ich orkiestra Opery pod kierownictwem i batutą Macieja Figasa. Całość ułożyła się w drugim i trzecim akcie w zgrabne i mocne widowisko, aż do finału, gdy Romeo pochylony nad niby-martwą Julią, wykonuje nad nią szereg gestów pełnych rozpaczy. Robi to tak sugestywnie, że rozpacz jest nawet w zagarnianym rękami powietrzu. Gdy w końcu bierze fiolkę z trucizną, widz ma ochotę krzyczeć: nie rób tego! Ona przecież żyje!

Za późno. Romeo wypija truciznę i pada martwy.

Gdy Julia budzi się, najpierw radosna, szczęśliwa, że się udało, a następnie widzi męża bez tchu – każdą komórką ciała czujemy jej ból, jej dramat. Oto Romeo, który nie pojął sprytnego planu księdza, leży nieżywy. Julia nie chce wierzyć w to, co się przed chwilą stało. Gdybyż obudziła się chwilę wcześniej! Ale nie, już na wszystko za późno. Młoda dziewczyna zdaje sobie z tego sprawę i w całkowitym intelektualnym zamroczeniu sięga po nóż. Gdy przypominam sobie tę scenę, jeszcze ciągle mam ciarki. Oddycham z ulgą gdy w następstwie braw zza kurtyny wychodzą żywi bohaterowie akcji. Tak sugestywnie oddali sceny agonii.

Pojawia się zresztą refleksja, że znacznie lepiej wypadły wszystkie sceny budzące negatywne uczucia – sceny walki, zabójstwa, samobójstwa, rozstania, śmierci. Sceny pełne radości i pozytywnych emocji, łącznie ze sceną ślubu były znacznie mniej ciekawe. Nie wiem, może to dlatego, że to, co dobre, wydaje nam się naiwne i banalne a dopiero tragedia nabiera wyrazu i treści. I może właśnie dlatego balet Prokofiewa nie zakończył się happy-endem (taki był zamysł twórcy), ale wiernie podążał za tekstem sztuki Szekspira, aż do niezmiennie wstrząsającego i dramatycznego końca.

Wydarzenie jest objęte patronatem Presto

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów