Wszystko, czego chcesz się dowiedzieć o wiolonczeli, ale boisz się zapytać

fot. Wojciech Grzędziński / NIFC, XI Międzynarodowy Konkurs Wiolonczelowy im. Witolda Lutosławskiego, przesłuchania

Pewien duet seksownych wiolonczelistów pod nazwą 2Cellos od paru lat podbija serca fanek na całym świecie. I mało kto wie, że Luka Šulic, jeden z przystojnych panów, w Polsce gościł już kilka lat temu. W 2009 roku wygrał Międzynarodowy Konkurs Wiolonczelowy im. Witolda Lutosławskiego. Aktualnie trwa jedenasta edycja konkursu. Jeszcze do 10 lutego w Filharmonii Narodowej w Warszawie można słuchać występów świetnych młodych wiolonczelistów. Z tej okazji przyglądamy się bliżej pięknemu instrumentowi, a sekrety wiolonczelowego świata zdradza najprawdziwsza wiolonczelistka, Anna Markiewicz.

Wiolonczela – instrument ten do niedawna bywał określany „gitarą na nóżce’, albo „takie duże skrzypce”. Dziś zdobywa coraz większą popularność wśród nawet mniej obeznanych z muzyką poważną słuchaczy. Poniekąd również dlatego, że – jak się okazuje – nie tylko poważną muzykę da się na niej grać. Kto nie słyszał ostatnio o koncercie zespołu „2Cellos”? Panowie w Polsce zaprezentowali co prawda głównie elektryczne wiolonczele, ale w sieci jest wiele filmików, na których grają na klasycznych. Można podziwiać, jaką ten instrument ma moc i energię.

Ile waży wiolonczela?

Nieraz wiolonczelistki, dźwigając ciężki futerał, słyszą współczujące „nie lepiej było grać na flecie”? Otóż nie. Po pierwsze, nikt nie napisał piosenki o prześlicznej flecistce, a o wiolonczelistce i owszem. I zna ją każdy. Po drugie, choć brzmienie wiolonczeli bywa porównywane z głosem ludzkim, ustalmy – nikt nie posiada 4,5 oktawy skali, ani tak zróżnicowanej barwy. Wiolonczela raz mruczy jak kot na piecu, innym razem przeszywa salę dźwiękiem ostrym i jasnym jak trąbka, albo smutno wzdycha – niezła z niej aktorka. Dlatego dźwigamy futerały bez zbędnego użalania się. Ile nasz sprzęt waży? Sama wiolonczela ponad 3 kg, smyczki są lekkie, bo ok. 80 g. Nuty, struny, kalafonia, szmatki do czyszczenia. A bywa, że i butelka z sokiem, miś, albo koncertowa spódnica. Sam futerał – najlżejszy waży 3,3 kg, najcięższy, jaki widziałam – 12 kg. Przeciętny około 5,5 kg. Jest co nosić. I jest po co.

fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

Ile to wszystko kosztuje?

Nie ma co ukrywać, nie jest to tani instrument. Ale że dla większości z nas wiolonczela jest żywą istotą, którą się ukradkiem całuje po udanym występie, albo przemawia do niej przed koncertem „bądź grzeczna” – inwestujemy. Człowiek może się obejść bez lekarza, ale wiolonczela musi mieć wszystko. Wizyty u lutnika warte kilkaset złotych, kiedy tylko coś zaczyna źle brzmieć, albo trzeszczeć. Nowe struny – komplet ponad tysiąc złotych. Wymiana wskazana co pół roku. Nabijanie włosiem smyczka to koszt między 100, a 200 zł – co 3-4 miesiące. A sam instrument? Wszystko zależy od jego klasy. Manufakturę z drugiej ręki można kupić już za 8-10 tysięcy złotych. Dobry, nowy instrument polskiego lutnika – za 25-35 tysięcy, ale 70 i 100 tys. też można wydać. Górnej granicy nie ma. Mówimy wtedy o setkach tysięcy euro za instrumenty włoskie i francuskie mające 200-300 lat. Smyczki – uczniowskie za kilkaset złotych to bardziej patyki, dobre zaczynają się od ok. 4,5 tysiąca zł., bardzo dobre to koszt około dwukrotnie większy, a świetne – znów, górnej granicy brak. Jeśli mówimy o kosztach, warto też wspomnieć, że wiolonczeliści nie wożą instrumentów w samolocie w luku. Tak robią tylko zupełnie nieodpowiedzialni, albo bardzo zdeterminowani, których nie stać na drugi bilet. Czasem okazuje się, że w zamian za to trzeba kupić drugi instrument. Dlatego najczęściej kupujemy bilet dla „Miss Cello”. Podobnie w autokarach. Futerał, nawet najlepszy za 10 tysięcy, nie ochroni instrumentu gdy upadnie lub coś w niego uderzy. Dobrze jeśli porządnie izoluje od zimna i pasażerów w tramwaju, którzy nie wiedzieć czemu często myślą, że to taka kolumienka, na której można się wesprzeć przy nagłym hamowaniu.

Czy różnicę w cenie słychać?

Może nie zawsze, ale często. Szczególnie smyczek bardzo wiele zmienia i warto mieć naprawdę dobry. Przyjęło się uważać, że znakomite są instrumenty lutnicze, a manufaktury, dzieło kilku par rąk, słabsze. Ale tak nie musi być i nie zawsze cena określa walory użytkowe instrumentu. Wpływa na nią nazwisko twórcy, rodzaj użytych materiałów, staranność wykonania, a nawet historia instrumentu, kto na nim kiedyś grał. Np. jedna z wiolonczel słynnego Antonia Stradivariego nazywana jest „Duport” od nazwiska słynnego wirtuoza, który grał na niej ok. 1800 roku, później jej posiadaczem był Mścisław Rostropowicz, może największy wiolonczelista w historii. A nosi ona na sobie ślady ostróg butów… samego Napoleona Bonaparte, który raz chciał spróbować gry na tym instrumencie i ścisnął instrument nogami. To najprawdopodobniej najdroższa z wiolonczel, wyceniona przez japońską fundację na 20 milionów dolarów. Brzmienie, paradoksalnie, przy wycenach lutniczych nie jest brane pod uwagę, a przecież dla muzyka to ono liczy się najbardziej. Czasem jest też tak, że instrument brzmi na sali świetnie, ale gra się na nim trudno, nie jest wygodny, wtedy trzeba rozważyć, czy się poświęcać, czy lepiej go zmienić.

fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

Wilki, ciężarki i dusza. Czyli co to jest brzmienie?

Kiedy można powiedzieć, że wiolonczela brzmi dobrze? Kiedy ma dźwięk wyrównany, podobny w barwie na całej skali. Głośny, ale niezbyt jaskrawy. Jeśli odzywa się lekko, ledwo muśnięta smyczkiem, co wpływa na komfort gry. Nie powinna mieć też zbyt wielu wilków. Wilków? Tak, to nie pomyłka. Tak nazywamy efekt, który pojawia się najczęściej na dźwięku f lub fis w oktawie małej. Jest to głuchy, przerywany odgłos, czasem wręcz terkocze jak seria z karabinu i bardzo wyraźnie wybija się spośród innych dźwięków. Radzimy z nim sobie wieszając na strunach poniżej podstawka ciężarki, albo przyczepiając je na magnes do górnej płyty, ale to tylko przesuwa go w inne miejsce skali, pomiędzy dźwiękami, lekko tłumi. Lepiej wilków nie mieć i takie cuda też się zdarzają. A to zależy od m.in. od ustawienia duszy. Czym jest dusza? To drewniany kołeczek, który stoi pomiędzy górną i dolną płytą wiolonczeli, a przesunięcie go o pół milimetra może spowodować całkowitą zmianę brzmienia instrumentu. Najbardziej jednak wpływa na nie rodzaj drewna i grubość płyt, a także ich kształt. Drewno na górną płytę najczęściej jest świerkowe, na boczki i dolną jawor falisty lub kwiecisty. Zanim lutnik weźmie je w swoje ręce, musi być sezonowane, nawet kilkadziesiąt lat. Dobre drewno nie jest tanie, lutnicy-pasjonaci ustawiają się w kolejkach na aukcjach, kiedy świat obiegnie informacja np. o rozbiórce starej drewnianej dzwonnicy gdzieś we Włoszech. O drewnie na instrumenty mówi się, że drzewo nie powinno słyszeć szumu wiatru i potoku, czyli rosnąć w warunkach powolnego przyrostu, mieć gęste słoje i być proste jak drut. Na smyczki najlepsze jest drewno z fernambuka brazylijskiego, musi odznaczać się gęstością i jednocześnie elastycznością. Co prawda niektórzy całkiem poważni muzycy sprowadzają sobie czasem smyczki z włókna węglowego z Chin i próbują nimi grać, ale jeśli brzmi to dobrze, jest to raczej przypadek jeden na tysiąc. Oprócz tych czynników bardzo ważny jest podstawek, na którym opierają się struny – z jakiego materiału jest wykonany, jaką ma wysokość. To wpływa także na komfort gry, zbyt wysoko zawieszone nad gryfem struny to po prostu codzienna walka z materią, ból, ryzyko sforsowania ręki.

fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

Jakie jeszcze materiały użyte są w wiolonczeli?

Oczywiście metal na struny, choć są też entuzjaści strun starego typu, jelitowych. Dają one mniej nośne, ciemne brzmienie. Z metalu są też nóżki. Podstrunnica jest hebanowa i to daje jej taką twardość, że nie potrzeba już pręta stalowego, w co czasem nie mogą uwierzyć gitarzyści. Bywa też, że instrument posiada inkrustacje z kości słoniowej, albo masy perłowej. I jest z tym sporo problemów, podobnie jak ze smyczkami z żabką (uchwytem) z kości - ponieważ przewóz ich przez granicę jest zabroniony. Zwyczajowo smyczki inkrustowane są masą perłową i wykańczane srebrem, a najdroższe złotem. No i żaden smyczek nie zagra bez włosia. Końskiego. Stosuje się oczyszczone, wybielane, albo surowe, dające ostrzejsze brzmienie. Bardzo ważna jest kalafonia – kawałek specjalnej żywicy – bez niej nic nie będzie słychać, smyczek będzie się ślizgał po strunie, zamiast o nią zaczepić.

Jak zagrać na wiolonczeli?

Podstawową techniką jest przeciąganie smyczkiem trzymanym w prawej ręce po strunie przy jednoczesnym skracaniu jej długości w różnych miejscach dociskiem palca lewej ręki do gryfu, co daje różne wysokości dźwięku. Jest też technika zwana po włosku pizzicato, czyli smyczek odkładamy i szarpiemy tylko struny. Jest też osobliwe col legno (z włoskiego: drzewcem), kiedy uderza się prętem smyczka o struny. W muzyce współczesnej kompozytorzy wciąż szukają nowych brzmień, szmerów, stuków, ale nadal dominują techniki klasyczne.

Określenia są włoskie, dlaczego tak?

Przyjęło się używanie włoskich określeń w nutach, są łatwe do zapamiętania i wymówienia. Oczywiście Francuzi robią wszystko po swojemu i w ich nutach znajdziemy określenia francuskie. W wielu starych niemieckich wydaniach są z kolei określenia w tym języku i muzycy studiują zapis ze słownikiem w ręku.

Jak to jest – czasem nuty są potrzebne, a innym razem wcale?

Lepiej się gra bez nut, jest inny kontakt z publicznością, słuchacz może nas oglądać. Ale w orkiestrze już się tak nie da. W zespole kameralnym granie na pamięć to także rzadkość. Solo – podpieramy się nutami tylko wtedy, kiedy partie są bardzo trudne do zapamiętania. Np. na tegorocznym konkursie Lutosławskiego każdy musiał przygotować na II etap nowo napisany utwór Dariusza Przybylskiego „Out”. Zapewne da się opanować go na pamięć, ale kiedy poza tym trzeba przygotować jeszcze dwie godziny innego programu, nie jest to priorytetem.

fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

Czemu wiolonczeliści siedzą grając? Nie dałoby się grać na stojąco?

Czasem w kabaretach zdarza się, że ktoś stoi, ale to wpływa na technikę i jakość gry. Nie da się jednocześnie walczyć ze stabilnym utrzymaniem instrumentu i precyzyjnie grać.

Jak siedzieć przy instrumencie? I jak się ubrać???

Zalecenia czy wymogi, jak siedzieć, są bardzo ogólne. Tak naprawdę mamy bardzo różne proporcje ciała i różne upodobania. Na wiolonczeli jest o tyle dobrze, że można wykorzystywać siłę grawitacji. Tak przy docisku strun lewą ręką jak i przy prowadzeniu smyczka. Jedni grają z dłuższą nóżką, inni z krótszą, jedni prawie „leżą”, inni pochylają się w przód. Nie wpływa to znacząco na dźwięk. Najważniejsze, żeby było wygodnie i nic nie bolało. Nie można być spiętym. Trzeba móc swobodnie ruszać głową i szyją, swobodnie oddychać. Osobną kwestią jest ubiór – naprawdę suknia z gorsetem z fiszbinami to nie jest dobry pomysł. Podobnie obcasy. Biodra powinny być nieco wyżej od kolan, a składanie się w scyzoryk niespecjalnie pomaga. Co jeszcze jest ważne – stabilne oparcie nóżki. Dlatego wiecznie walczymy z jakimiś podkładkami, deskami, paskami z otworami, które pomogą nam ją ustabilizować. To jeden z najgorszych koszmarów wiolonczelisty, tępa nóżka i twarda podłoga, albo czarna przyssawka zwana „black hole”, która od minimalnej ilości kurzu traci przyczepność i zaczyna jeździć. Przeżyłam trzy koncerty z tym wynalazkiem i powiem tyle – nigdy więcej. Podzielę się ciekawostką – większość właścicieli sal koncertowych nie życzy sobie wybijania dziur w podłodze. Ale Bostońska Orkiestra Symfoniczna ubiła na nich niezły interes. Kiedy w trakcie remontu po kilkudziesięciu latach wymieniano podłogę, wystawiono deski z dziurami wyżłobionymi przez pokolenia znakomitych wiolonczelistów i kontrabasistów na aukcji. Zdradzę tu pewien sekret. Otóż w jednej z sal Akademii Muzycznej w Warszawie było takie stare podium z deskami. Dziury na wylot. Makabryczny żart powtarzany przez kolejne roczniki studentów głosił, że spływa nimi pod podłogę krew. Bo uczył tam słynny profesor, powiedzmy, że najbardziej wymagający, ale też mający ogromne sukcesy pedagogiczne. Ksywki nie zdradzę, muszę nam coś zostawić.

Czy do grania na wiolonczeli trzeba mieć dużo siły?

Najwięcej to do noszenia futerału. A podczas grania – sztuką jest takie wykorzystanie ciężaru ciała, żeby nie musieć dokładać nacisku. Częstym błędem jest ciśnięcie w instrument, szczególnie na dolnych strunach – daje to brzydki, chropawy dźwięk. A przecież nie po to gramy na wiolonczeli, żeby wydobywać z niej odgłos piłowania drewna albo betoniarki.

Co tak naprawdę ćwiczą wiolonczeliści?

Najczęściej intonację, czyli granie czysto, trafianie precyzyjnie w dźwięki. Nie mamy progów jak na gitarze, więc wszystko opiera się na pamięci ręki. Pomaga też, choć to może się wydawać dziwne, wyobrażenie sobie, „zaśpiewanie” w myślach dźwięku, w który chcemy trafić – i trafiamy. Poza tym całe życie ćwiczymy piękno tonu, nie tylko na długich dźwiękach, ale też na krótkich, szybkich nutkach, żeby nic nie zgrzytało, nie trzeszczało – to wcale niełatwe do osiągnięcia na tak grubych strunach. Musimy też ćwiczyć regularnie, aby zachować sprawność mięśni, rozciągliwość ścięgien – jak sportowcy. Po prostu trzeba być w formie, żeby dobrze grać, słabe, leniwe rączki dają słaby dźwięk, nie są w stanie grać szybko i precyzyjnie. Zawsze to powtarzamy uczniom – graj choćby tylko 15 minut, ale codziennie.

fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

A czy jest jakiś określony sposób trzymania smyczka, naciskania strun?

Reguły są bardzo ogólne. Można łatwo zauważyć, że każdy trzyma smyczek inaczej. Jedni palce mają szerzej, inni wąsko, jedni trzymają go luźno, inni sztywno, mają przegub wysoko, albo nisko. To bardzo wpływa na jakość dźwięku, ale preferencje co do niego też mamy przecież różne. Struny często przyciskamy płaskimi ostatnimi członami palców, bo to daje mocniejszy docisk bez wysiłku i większą precyzję, choć z początku uczy się nas inaczej, stawiania palców prostopadle do gryfu. Trzeba umieć grać różnymi technikami, od kąta ustawienia palca zależy nie tylko wysokość dźwięku, ale też to, z jaką szybkością da się wibrować, jak daleko w związku z tym poniesie się dźwięk, ile czasu będzie wybrzmiewał. Można też zaobserwować, że gramy z różną prędkością przesuwu smyczka, raz bliżej podstawka, raz dalej, to wszystko wpływa na dynamikę, barwę, afekty artykulacyjne.

Czy granie na wiolonczeli jest trudne?

I tak, i nie. Ktoś, kto posiądzie dobrą technikę, może mieć z tego wiele przyjemności. Zanim jednak się to stanie, można być lekko sfrustrowanym, że nie wychodzi nam spod ręki to, co chcielibyśmy usłyszeć. Ale to dotyczy chyba każdego instrumentu. Najważniejsze to cały czas zachowywać otwartą głowę, próbować, eksperymentować, nie czekać aż pedagog mnie nauczy, tylko samemu szukać najlepszej dla siebie kombinacji ustawień. Nie godzić się z tym, że coś nie brzmi, nie wychodzi. Wtedy granie jest czymś więcej niż wydobywaniem dźwięku, czy w ogóle kreowaniem muzyki. Staje się rodzajem medytacji. Doskonaleniem czegoś, co nigdy doskonałe nie będzie. Zmaganiem się z własnym brakiem cierpliwości, staranności. Niewiele jest zajęć, które potrafią tak bardzo zaabsorbować. Do tego dochodzi bliski fizyczny kontakt z instrumentem, to, że mamy wiolonczelę cały czas w objęciach, jej drgania przechodzą przez mostek. Z tego powodu często trochę izolujemy się od naszej drogiej przyjaciółki i kładziemy sobie na klatkę piersiową poduszeczkę. Ale też większość z nas nie ma nic przeciwko śladom wieloletniego obcowania z instrumentem. Miewamy krzywy palec wskazujący od trzymania smyczka, odciski na lewym kciuku (czasem wielkości orzecha laskowego), twardą skórę na opuszkach palców lewej ręki, która stuka o drewno jak ołówek. Czasem mamy lordozę, czasem nierówne barki, szerokie obojczyki od pracy ramion. Miewamy też niekiedy odcisk na kolanie i … krzywe nogi. Jak to mawiają, na beczce prostowane. Swoją drogą, tak też czasem mówimy na wiolonczelę.

Beczka? A jakoś ładniej?

Wiolka. Choć altowioliści się buntują, że to niby dla nich zarezerwowane. Ale niezręcznym anglicyzmem wydaje się „czelka”. Chyba znam tylko jedną osobę, która tak mówi. Ja na swoją mówię czasem „maleństwo’, tak z przekory. W ogóle w Polsce jest miło, bo wiolonczela to „ona”. To przecież widać gołym okiem, te kształty… A po angielsku „to”. Jakie to… bezpłciowe.

Jaki powinien być wiolonczelista?

Nie wiem, jaki powinien być, ale wiem, jacy wiolonczeliści są. Na ogół weseli, skorzy do żartów, zahartowani noszeniem całe życie ciężkiego sprzętu, z dystansem do siebie i trudności.

A repertuar? Czy wiolonczeliści mają jakiś ulubiony?

Jak wszyscy muzycy, mamy różne upodobania. Świetnie brzmi na wiolonczeli muzyka z epoki romantyzmu, ale i dwudziestowieczna. Niektórzy z nas wolą delikatne, barokowe brzmienia, inni kochają możliwość „wyżycia się” w potężnych romantycznych sonatach. Wielu z nas znajduje spełnienie w zespołach kameralnych. Tak naprawdę większość z nas ćwiczy przez całą szkołę i studia koncerty przeznaczone do wykonania z orkiestrą, po to, by w końcu nigdy ich nie zagrać w tej wersji, a jedynie z fortepianem. Ale i tak się cieszymy, a nielicznym z nas udaje się zasiąść na podium w otoczeniu kilkudziesięciu muzyków. I to jest dopiero radość.

To dobrze, że granie kojarzy się z radością. Nam słuchaczom jest w takim razie bardzo przyjemnie.

Nam też. Lubimy być słuchani. Dlatego zapraszam w imieniu wszystkich uczestników XI Międzynarodowego Konkursu Wiolonczelowego im. Witolda Lutosławskiego na przesłuchania finałowe do Filharmonii Narodowej. I na wszystkie koncerty z udziałem wiolonczeli!

Posłuchaj tych mistrzów:

Mścisław Rostropowicz

Steven Isserlis

Heinrich Schiff

Misha Maisky

Yo-yo Ma

Nicolas Altstaedt

Daniel Müller-Schott

Jacqueline du Pré

Enrico Dindo

Mario Brunello

Ivan Monighetti

David Geringas

Arto Noras

Jakob Koranyi

Sol Gabetta

Posłuchaj tych utworów (najlepiej wpisywać angielskie tytuły)

Wariacje Rococo (Rococo variations) - Piotr Czajkowski

Kol Nidrei - Max Bruch

Requiebros - Gaspar Cassado

Koncert h-moll (Concert in b-minor)– Antonin Dworzak

Koncert a-moll (Concert in a minor) – Robert Schumann

Koncert e-moll (concerto in e-minor) – Edward Elgar

Koncert na wiolonczelę, orkiestrę dętą i big band (Concerto for cello and brass orchestra) – Friedrich Gulda

Sonata na wiolonczelę i fortepian (cello sonata)– Sergiusz Rachmaninow, Sergiusz Prokofiev, Fryderyk Chopin, Johannes Brahms, Fazil Say

Sonata Arpeggione - Franz Schubert

Koncerty wiolonczelowe: D-dur i C-dur – Joseph Haydn

Koncert wiolonczelowy Es-dur (Concerto in E flat major) – Dymitr Szostakowicz

Symfonia Koncertująca (Symphonie concertante) - Sergiusz Prokofiew

Suity na wiolonczelę solo (Six suites for cello solo) - Johann Sebastian Bach

„Prześliczna wiolonczelistka” – Skaldowie

Apocaliptyca

Więcej artukułów z kategorii: 

Komentarze

Ślicznie dziękuję za ten

Ślicznie dziękuję za ten artykuł -- i za intymny wgląd w tajemniczy świat muzyków i muzyki! A polecane utwory już w tle!

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 9.5 (2 głosów)