Wszystko zostało pokonane. Siedem pytań do Moniki Wolińskiej

Właśnie trwa próba dyrygentki Moniki Wolińskiej z Polską Orkiestrą Sinfonia Iuventus. Od sobotniego koncertu dzielą nas już godziny. O tym, czego będziecie mogli posłuchać, piszemy tutaj.
Nieczęsto widzę ją taką: swobodną, bez fraka. Za to na próbie jest w białej koszuli. Zawsze z klasą. Jej twarz – raz uśmiechnięta, raz całkowicie skupiona.

„Weźmy, proszę, kochani to, co wam tak ładnie już wychodzi. Sto pięć dziewięć. I szerooko!”
„Stop. Nie oddzielajcie tych trzech dźwięków. I duużo szerzeej.”
”A teraz może sto osiem pięć. Będzie logicznie.”
„Ok. A zagrajcie te trzy łuki, ale na crescendo. Będzie lepiej, widzicie?”
„Miękko, nie tupiemy, delikatnie. I tu dłuuższa ćwierćnuta.”
„Ostre!”
Rozumiem z tego tylko tyle, że chyba dobrze im idzie.
W przerwach co chwilę muzycy indywidualnie zadają pytania, mnożą wątpliwości. Monika Wolińska stara się rozwiewać je wszystkie.

Koniec próby ale nie koniec pracy. Postanowiłam nie męczyć artystki za długo. Mam do niej tylko siedem pytań.

Kinga Wojciechowska: Jak było w Dallas?
Monika Wolińska:
Aaaaa! Wspaniale! Będę to długo wspominała. Bardzo pouczające zderzenie z tamtym światem. Krytyka mnie zauważyła i to było dla mnie ważne. Poza tym program Hart Institute to spotkania z managerami, szkolenia z poruszania się po świecie promocji, marketingu. Nie wiedziałam, że to jest tak obszerny i zaawansowany mechanizm. Nie muszę sobie pewnie brać tego do serca, bo artysta ma swoje prawa i musi przede wszystkim pozostać artystą. Ale teraz mam świadomość, że oprócz tego, że przygotowuję partyturę, muszę też czasem bardziej przyłożyć się do organizacji innych spraw. Poznałam dyrektorów instytucji, managerów. Ważna była wymiana poglądów, doświadczeń. Do tego doświadczenia muzyczne: świetna orkiestra, świetna sala, tradycyjna w formie, ale nowocześnie wyposażona. Można w niej zrobić wszystko. I da się tam grać koncerty symfoniczne. Nie w każdej operze się da, a tam tak. Tego zresztą nie da się krótko opisać. Sam program Dallas Opera finansują głównie Linda & Mitch Hart. Przyjechali nawet na jeden z koncertów. Ale to nie koniec tego programu. Nowy etap to maj 2018. Nowy York Julliard School of Music, wykłady, koncerty... Nie mogę się doczekać.

Dlaczego ten wyjazd to był dla Ciebie ważny moment w życiu?
To zmieniło moje spojrzenie. I dostałam też ważny impuls, żeby iść do przodu. Jako polska szkoła dyrygentury nie mamy się czego wstydzić, jesteśmy świetnie wykształceni, mamy słowiańską duszę, wiedzę na tematy różne – to nas stawia w pierwszym szeregu. Nie miałam problemów jako kobieta dyrygentka, ale pojawił się tam temat dyskryminacji kobiet w ogóle, pilotek, czy innych zawodów. I okazało się, że my – kobiety z batutą – jesteśmy absolutną czołówką. Jedyny problem, który dotyka kobiety dyrygentki, to czasem brak akceptacji kobiety na tym stanowisku. Ale wierzcie mi, panowie, to się na świecie zmieniło! To pokazuje choćby ostatni sukces Marin Alsop. W Austrii, kraju, który nie przyjmował kobiet na stanowiska kierownicze, ona została szefową wiedeńskiej radiowej orkiestry symfonicznej.

Doświadczenia ostatnich lat zmieniły Cię jako człowieka i dyrygenta?
Nie wiem, na ile mogę to rozdzielić. Na pewno muzyczne doświadczenia mnie wzbogaciły. W muzyce staram się znaleźć głębię, dotrzeć do jądra wszystkiego. Czasem bałam się zajrzeć w czyjąś symfonikę, w dzieła jakiegoś kompozytora. Mówię np. o Brucknerze, Wagnerze. Teraz ich się nie boję. Jak śpiewak operowy wie, która rola jest, a która nie jest na niego, tak ja potrafię się przyznać, że jestem niegotowa na pewne utwory. Dzięki doświadczeniu w Dallas przełamałam swój opór. Opera to inna specyfika, zupełnie inna praca. A moje serce jest od zawsze bliżej symfoniki. Każde z dotychczasowych doświadczeń bardziej mnie otworzyło. Człowiek też nabiera grubszej skóry, co jest przydatne w trzeźwej ocenie sytuacji i w spokojniejszym podejściu do wielu małych spraw. Także do dyrygowania podchodzę trochę inaczej, choć zawsze starałam się też nie być dyrygentem narzucającym. Oczywiście przychodzę z gotową koncepcją utworu ale wszystko ma się odbywać na zasadzie rozmowy. Niestety, czasem muzycy tego nie rozumieją i mamy próbę sił, a to jest niepotrzebne. Dyrektor jest po prostu dyrektorem. I nie ma dyskusji. W domu możemy sobie myśleć, czy jest dobry, czy zły. Inne parametry powinny być podstawą jego oceny: czy instytucja, którą zarządza, ma przychody, czy sprzedają się bilety. I to jest wyznacznik dobrego dyrektora, a nie prywatna ocena muzyka.
Przez ostatnie lata poznałam też wspaniałych ludzi, muzyków, którzy darzą szacunkiem swoją pracę, muzykę. To obliguje do pracy zawsze na wysokim poziomie.

A propos muzyki. W sobotę 17 lutego w Studio Lutosławskiego w Warszawie usłyszymy na jednym koncercie dwie symfonie – Czajkowskiego i Haydna. Przepraszam bardzo, ale to jakby na koncercie rockowym zagrać reggae… O co chodzi?
To ja przepraszam wszystkich, bo nie miałam wpływu na program [śmiech]. Ale w sumie się cieszę, bo bardzo je lubię i lubię nimi dyrygować. W mojej praktyce dyrektorowania artystycznego i układania programów obserwowałam publiczność i jej potrzeby. I zauważyłam, że jeśli dajemy jej wybór, to zawsze przyjdzie wiele osób, choć z różnych światów. Zestawienie utworu współczesnego z g-mollową Mozarta nikogo nie obraża. Bo jeden przyjdzie z ciekawości posłuchać nowego kompozytora, albo nowego utworu lubianego kompozytora a drugi przyjdzie bo kocha tę zgraną starą symfonię. Natomiast trzeba jeszcze pamiętać, że ta orkiestra – Sinfonia Iuventus ma jeszcze profil edukacyjny, więc dla nich to zestawienie jest ważne. Obydwie pozycje należą do kanonu muzyki klasycznej. Te symfonie tylko pozornie są różne. Symfonia Haydna, jego ostatnia, jest programowa, emocjonalna i tak mocno zapowiadająca romantyzm. Za to symfonia Czajkowskiego… Tutaj emocjonalność w zasadniczy sposób nakreśla programowość. Symfonia powstała w bardzo ważnym momencie życia kompozytora. W tym czasie pojawiają się w jego życiu dwie kobiety: Antonina Miliukova i Nadieżda von Meck. Ta pierwsza deklaruje mu swoją miłość, ta druga podziw i wsparcie finansowe. W życiu rozdartego wewnętrznie kompozytora pojawia się światełko nadziei. Jak bardzo ta sytuacja może być bliska współczesnemu człowiekowi, który czasami obawia się być sobą, dostosowuje się do schematów, bo jest np. pod presją środowiska. Program zbudowany na emocjach jest absolutnie ponadczasowy i wciąż bardzo odbiorcy potrzebny. To jest wielka siła muzyki. Wiele jest więc w obu symfoniach nasycenia emocjonalnego.

Poza tym pamiętajmy, że w trakcie koncertu przerwa też dużo robi, to oddech, to czas oczekiwania na coś nowego. Zestaw jest naprawdę bardzo fajny. Chociaż osobiście jestem na etapie zestawień Mozarta z Brucknerem. Tam jest tyle… motyli fruwających wszędzie! W Brucknerze jest taka niesamowita czystość. I to samo w Mozarcie. Może być tam wiele nut, których ktoś nie rozumie, ale tam nie ma żadnego zbędnego dźwięku!

Praca z Sinfonią Iuventus różni się o pracy z innymi orkiestrami?
Nie. No, może mają ten dodatkowy impuls młodości, niesamowitą świeżość i to ich odróżnia. Czasem trzeba coś powtrzymać, a czasem… trzeba w nich coś obudzić. Zresztą, za każdym razem inaczej się prowadzi próby, ale to zależy od orkiestry. Czasem trzeba popracować tylko nad detalami. Dla wszystkich dobrych orkiestr zawsze najważniejsze jest podejście. Dla nich najważniejszy jest kompozytor i publiczność.

Czy pracując z młodymi muzykami masz tak, że obserwujesz ich sobie i myślisz: o, a tego i tego to chciałabym mieć w swojej orkiestrze…
A pewnie że tak jest! Od razu czuje się potencjał. I tym bardziej się inwestuje w kogoś, kto bardzo chce grać. Ale ważne jest też, żeby widzieć ostatnie pulpity. Dyrygent nie może zwracać uwagi tylko na tych wybijających się. Ale tak, to się słyszy – ten pan i ta pani również ma szansę na wielką karierę. I życzę im, żeby nie zabrakło im pasji. Jeśli grają to nie mogą tego robić najpierw w celach zarobkowych. Najpierw musi w tym być pasja. To każdy biznesmen im powie, że jego pieniądze zrodziły się z pasji.

Trzy mocne słowa, którymi określiłabyś nadchodzący, sobotni koncert (z uzasadnieniem)
Brzmienie.
Chodzi nie tylko o muzykę. Bardzo dużo pracy wkładamy nie tylko w to, żeby stylistycznie oddać epokę kompozytora, ale także – żeby brzmieć pięknym dźwiękiem. To brzmienie wpłynie na sukces naszej interakcji z publicznością. To wiadomo już od starożytności, gdy budowano instrumenty, których dźwięk miał leczyć. Jakość intonacyjna, artykulacyjna jest podstawą, bo dzięki temu muzyka wchodzi w człowieka i wywołuje w dreszcze. A w przypadku Czajkowskiego dodatkowo dbamy, żeby nie przesadzić, żeby forte było piękne i przeszywało publiczność.
Pasja. Wszystko, co robimy w życiu, musimy wykonywać z pasją. Żeby podzielić się radością muzykowania, musimy ją poczuć w sobie. Czy to pasja w relacji z kompozytorem, obcowania z instrumentem, z muzyką. To wielowymiarowe. A ponieważ prawie cała sala się sprzedała, więc mam nadzieję, że z drugiej strony też to dostaniemy, że przyjdzie publiczność z pasją, ciekawością. Jak to wszystko się połączy, to mamy eksplozję pasji na tym koncercie! Jesteśmy tak zinformatyzowani, zmechanizowani, powrzucani w schematy, że tym bardziej musimy dbać o to, co ważne. Życie z pasją, pasja w życiu – właśnie to jest ważne.
Unoszenie. To jest bardzo trudne. A w sumie nie jest [śmiech]. Jest trudne do wytłumaczenia. Unoszenie jest w wtedy, gdy po tej mozolnej pracy, ustawiania proporcji, wydobycia dźwięku, intonacji, agogiki, gdy już wszystko jest wypracowane, przychodzi przyjemność wykonania, zrealizowanie programu, przejście od początku przez kulminację do końca. Idziemy, poruszamy się, mamy cel. Najważniejsze jest nie myśleć: raz, dwa, trzy, cztery, ósemka, szesnastka, ale poczuć to uniesienie nad materiałem muzycznym, pobyć w sferze, gdzie jest muzyka. I to się da zrobić. Są takie koncerty, że ani wykonawca, ani publiczność nie są w stanie ocenić i powiedzieć, co się stało, że było tak cudownie. Nie było elementów, które przeszkadzały poczuć najprawdziwszą czystość tej muzyki. Kiedy to się dzieje? Gdy ze strony wykonawców nie ma żadnych barier, wszystko zostało pokonane. Oczywiście nie chodzi o to, że nie ma żadnych błędów. Ale pozostaje aura rzeczywistego przeżycia utworu. A tak bardziej medycznie – zaczynamy się poruszać po innych obszarach naszego mózgu, nie po tych, które są odpowiedzialne za tu u teraz. Może ktoś wymyśli kiedyś teleport do innego świata, ale ja uważam, że już go mamy i jest nim właśnie muzyka.

Post scriptum: gdy my rozmawiałyśmy, muzycy POSI ciągle jeszcze ćwiczyli… Przyjdźcie w sobotę, to będzie piękne przeżycie.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów