Żałobnicy z La Paz na deskach Opery w Bytomiu [relacja z "Don Desiderio"]

fot. Krzysztof Bieliński

MACIEJ BYLCZYŃSKI: O Don Desiderio księcia Józefa Michała Ksawerego Poniatowskiego zdążyli już krytycy w ostatnich tygodniach napisać. Jestem zatem w komfortowej sytuacji, gdyż czuję się trochę zwolniony z obowiązku przybliżania sylwetki tego do niedawna całkowicie zapomnianego włoskiego kompozytora pochodzenia polskiego.

Tytułem wstępu dodam jednak garść podstawowych informacji. Józef M. Ks. Poniatowski wywodził się rodziny osiadłej po III rozbiorze Polski na emigracji w Toskanii. Był śpiewakiem i kompozytorem – samoukiem, a także dyplomatą (ministrem) i poddanym, do Wiosny Ludów, austriackim (wielki książę Toskanii Leopold II był bratem Józefa II cesarza Austrii, a po jego śmierci następcą tronu i cesarzem), a po 1848 senatorem francuskim. Poniatowski napisał 9 oper włoskich (7 opera seria i 2 komiczne) i 3 francuskie (w tym 2 komiczne). Blisko połowy z tych dzieł nie można już dziś wystawić, a to z braku tekstu libretta, to znów z powodu szczątkowo zachowanej partytury lub samego wyciągu fortepianowego opery. Niemniej włoska muzyka operowa przeżywa obecnie swój renesans, a świetnie napisane, wartkie, obfitujące w liczne zwroty akcji libretto Don Desideria mogą zapewnić sukces najnowszej produkcji Opery Śląskiej. Młodym realizatorkom (reżyser i scenograf): Ewelinie Pietrowiak (znanej wcześniej z niebanalnych wystawień oper współczesnych: Space Opery Aleksandra Nowaka, Pułapki Zygmunta Krauzego, czy Matki czarnoskrzydłych snów Hanny Kulenty) i Aleksandrze Gąsior pozostawało właściwie tylko tego nie zepsuć. A jednak reżysersko-scenograficzna interpretacja utworu bądź co bądź wielkiego konserwatysty i gatunkowego purysty (jakim był Poniatowski) zasługuje nie tylko na uwagę, ale i uznanie.

Ewelina Pietrowiak postanowiła wystawić w Bytomiu Don Desideria bardziej w klimacie włoskiej dramma giocoso niż opery buffa, uzyskując tym samym aurę tajemniczości i grozy. To, co uderzało widza niejako od wejścia, od pierwszych taktów uwertury, to niezwykle spójny, przemyślany pomysł wizualny na tę realizację. Uwertura rozbrzmiewała przy zasłoniętej kurtynie, która z wolna, w rytmie muzyki „zarastała” pojawiającym się na niej czarnym listowiem. Maestro Jakub Kontz, który przygotował utwór księcia Poniatowskiego od strony muzycznej - prowadził orkiestrę Opery Śląskiej doskonale. Pasja, z jaką zwykle to czyni („dociskanie” orkiestry), nie zawiodła mnie i tym razem. Kontz dyrygował orkiestrą pewnie, a jednocześnie z wielką subtelnością i wyczuciem, co w tej różnorodnej, pełnej nagłych zmian tempa, muzyce wydawało się niezwykle ważne. Recytatywom towarzyszyła natomiast (w linii melodycznej basso continuo) Larysa Czaban.

Wiejskie plenery Gensano, nieopodal Rzymu, Ewelina Pietrowiak wzbogaciła egzotyką wielkolistnych filodendronów, podkreślając tym samym dzikość scenerii. Znaleźliśmy się dzięki temu nie w przeciętnej, południowowłoskiej osadzie (jakich wiele w literaturze muzycznej), a w wilgotnym, podrównikowym klimacie hacjendy z La Paz.


fot. Krzysztof Bieliński

Akcja bytomskiej opery rozgrywa się w połowie lat dwudziestych XX wieku. Don Desiderio Bonifazi (nazwisko „mówiące”, które znaczy mniej więcej tyle, co „dobroczyńca”) – człowiek o wielkim sercu, i równie wielkim i nieustannie prześladującym go pechu, wyrusza w nocną podróż, aby niezwłocznie podzielić się z rodziną swego dobrego, a nagle zmarłego, przyjaciela, tą smutną wieścią. W nocną eskapadę zabiera ze sobą Don Curzia – notariusza, na którego ręce zmarły zdeponował swoją ostatnią wolę. Nazajutrz następuje odczytanie testamentu zmarłego bonzy – hacjendera Riccarda. Ewelina Pietrowiak w twórczy i interesujący sposób odczytuje libretto autorstwa Cassiano Zaccagniniego, umieszczając groteskowo-komiczne recytatywy w żałobnej scenerii złowrogiego, kołyszącego się na boliwijskim wietrze, ciemnoszarego, niemal czarnego listowia. Również niebanalne kostiumy żałobników, jak przystało na zamożną południowoamerykańską familię, świetnie korespondują z nastrojem tragedii. Są nie tylko ze smakiem skrojone, ale i komponują się kolorystycznie ze scenografią (tapicerką mebli, liściastymi, ażurowymi elementami ogrodowych wolier itd.). Kulminacyjnym momentem rodzinnej tragedii nie jest dla mnie jednak samo otwarcie testamentu Riccarda, lecz piękna i smutna, utrzymana jakby w klimacie żałobnej kancony, aria ogrodników. Umorusani, zmęczeni pracą w polu chłopi (boliwijscy ogrodnicy, może murzyńscy niewolnicy?) przychodzą pokłonić się państwu i wyrazić swój ból po stracie ich pana (piękna, monochromatyczna i niezwykle plastyczna scena). Ostatecznie jednak wszystko się dobrze kończy, gdyż Don Desiderio to nie dramat, a prześmieszna komedia omyłek z romansem w tle.

W obu bytomskich premierach (20 i 21 października) mieliśmy świetnie dobraną obsadę, co przecież niezwykle istotne (i bynajmniej nie łatwe) w operze bel canto, w której niemal każda z postaci ma dużą i trudną do zaśpiewania technicznie arię. Donizettiowskim kunsztem wokalnym musiała popisać się zatem nie tylko para kochanków – Angiolina i Federico (w tych rolach Joanna Woś i świetna, zarówno wokalnie jak i aktorsko Ewa Majcherczyk, i Adam Sobierajski wraz ze Sławomirem Naborczykiem). Kompozytor opery, sam będąc śpiewakiem (tenorem) wysoko podniósł poprzeczkę odtwórcom ról swojego dzieła. Przezabawna, pełna trudnych melodeklamacji partia Don Desideria (tu obaj znakomici – obdarzony dźwięcznym barytonem i scenicznym magnetyzmem Adam Woźniak i przyjezdny do Bytomia Stanislav Kuflyuk) i notariusza Don Curzia (Kamil Zdebel i Szymon Komasa, z której ten ostatni zwłaszcza – brawurową grą aktorską – zrobił prawdziwą perłę opery buffa), pełne komizmu recytatywy służącego Matteo (Bogdan Kurowski i Zbigniew Wunsch) i wreszcie pogrążona w żałobie Placida (w tej roli Iwona Noszczyk jako dojrzała wdowa, o głębokim głosie, i młodsza od niej wdówka – Anna Borucka – bystra, zadziorna i piękna, a przy tym obdarzona mocnym, soczystym mezzosopranem).

Dramma giocoso zmienia się na naszych oczach w operę komiczną właściwie wtedy, gdy jak pod wprawnym ruchem ręki kosiarza opadają wielkie czarne liście monstery, a w ich miejsce wyrastają przed nami białe kwiaty. To symboliczna chwila, po której wchodzi na scenę, wśród ogólnej radości wieśniaków i służącego Matteo, pan domu – hacjendero Riccardo, ciemny brunet z kubańskim cygarem w ustach (w tej małej rólce Juliusz Ursyn Niemcewicz i Maciej Komandera).

Don Desiderio był pierwszą operą komiczną Poniatowskiego. Historia poczciwego pechowca z miejsca podbiła sceny operowe całej Italii od Mediolanu po Palermo i jako jedyna odbiła się szerokim echem po całym Półwyspie Apenińskim. Polska prapremiera z polskim (jak to wówczas być musiało) librettem w przekładzie Leona Sygietyńskiego (ziemianina i literata, miłośnika teatru, dziadka Tadeusza Sygietyńskiego) i dobrą obsadą, nie zachwyciła jednak lwowskiej publiki. Rolę Angioliny kreowała wówczas zaproszona do Teatru Miejskiego Katarzyna Marco, a w przezabawnego Desideria wcielił się znany lwowski aktor i śpiewak Marceli Zboiński. Krytycy galicyjscy ironizowali sobie głównie z żarcików Poniatowskiego, między innymi z nieszczęsnej „soli glauberskiej” (angielskiej). Być może Lwów lat 70 XIX wieku był tak przesycony repertuarem Rossiniowsko – Donizzetiowskim, że nie potrafił docenić opery swego – bądź co bądź – rodaka.

Poniatowski świadomie (i, na co zwracał uwagę badacz jego twórczości – prof. Ryszard Golianek, programowo) nie podążał za współczesnymi trendami w muzyce operowej. W latach, w których pisał opery komiczne, buffa była już passé (choć warto też zauważyć, że Don Pasquale Donizettiego był o trzy lata starszy od Don Desideria). Z drugiej strony – jak każdy chyba twórca – pragnął być zapamiętany przez potomnych. Cieszy to więc, że jego pragnienie się spełnia, i to właśnie w Bytomiu, w Operze Śląskiej, która jak wiadomo narodziła się w Polsce powojennej jako bezpośrednia kontynuatorka Teatru Wielkiego we Lwowie.

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że przyszłym odbiorcom Don Desideria przypadnie tak samo do gustu, jak piszącemu te słowa, to „boliwijskie”, „filodendroniczne” odczytanie opery niesłusznie zapomnianego kompozytora.

Opera Śląska, Bytom,
premiera: 20 października 2018 (premiera II obsady: 21 października 2018).
Józef Michał Ksawery Poniatowski, Don Desiderio,
libretto: Cassiano Zaccagnini,
reżyseria: Ewelina Pietrowiak,
kierownictwo muzyczne: Jakub Kontz,
scenografia i kostiumy: Aleksandra Gąsior,
reż. świateł: Karolina Gębska,
przygotowanie chóru: Krystyna Krzyżanowska-Łoboda,
basso continuo: Larysa Czaban.
 

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)