Anna Ćwiek-Karpowicz: Muzyka czasami musi poczekać

fot. Mateusz Żaboklicki

O tym, z czego składa się matka-artystka, czy można sobie powiedzieć "dość", co jest ważniejsze - dziecko czy muzyka, z flecistką Anną Ćwiek-Karpowicz szczerze rozmawia Kinga A. Wojciechowska

Można być aktywną artystką i zaangażowaną matką?
Na potrzeby naszej rozmowy najpierw powinnyśmy się zastanowić, kim właściwie jest artysta. Gdy szukam punktu odniesienia dla tego wzniosłego słowa, jako pierwszy narzuca mi się teatralny okrzyk Nerona przed samobójczą śmiercią: "Qualis artifex pereo!" (jakiż artysta ginie /wraz ze mną/!)... Wolę myśleć o sobie w nieco bezpieczniejszych kategoriach. Codziennie ćwiczę gamy i pasaże, próbuję współtworzyć dobre koncerty. I taki mam plan na resztę życia. Powinnyśmy także ustalić sobie jakąś roboczą definicję matki zaangażowanej. I tu znowu mam problem, bo matka zaangażowana jawi mi się jako koszmar każdej przedszkolanki. O matko zaangażowana, robiąca budyń z amarantusa i ekologicznej wanilii, o matko czytająca postępowe podręczniki pedagogiczne, o matko tłumacząca dziecku stereotypowe role kulturowe w bajkach Disneya. Horror artystyczny goni horror matczyny, znikąd ratunku (śmiech).

Oczywiście, nie sposób zaprzeczyć, że wychowanie dzieci to ograniczenie czasowe, fizyczne, psychiczne. Ale czy muzycy bezdzietni nie mają innych ograniczeń? Muzycy orkiestrowi muszą wykazać się prawdziwym heroizmem, aby po wielu godzinach prób, koncertów i podróży, stanąć jeszcze do codziennego ćwiczenia. Pamiętam te trudności z czasów European Union Youth Orchestra, gdy po 5-tygodniowym tournee, po koncercie finałowym w Concertgebouw, wraz z koleżanką z pokoju płakałyśmy w poduszkę ze zmęczenia. Młodzi wykładowcy akademiccy i nauczyciele szkół muzycznych w Polsce zarabiają śmieszne pieniądze i zmagają się na co dzień z erozją systemu. Soliści muszą zmierzyć się z samotnością w hotelowych pokojach, z powierzchownością relacji, z pokusą dożywotniego odcinania kuponów, bo jak wiadomo, najtrudniej jest przetrwać sukces. Każdy więc ma jakieś ograniczenia i każdy o swoją pracę z muzyką musi poważnie zawalczyć. W każdej sytuacji można bywać artystą, albo nim nie bywać.

A może czasem trzeba powiedzieć "dość"? I jak to zrobić, aby nie ucierpiały ani dzieci, ani muzyka?

 

O matko, jesteś artystką!
Jak kobiety godzą rolę matki i m
uzyka?
Przeczytaj w Presto nr 10

 

 

Z mojego niewielkiego doświadczenia z dwójką dzieci stwierdzam, że owe "dość" trzeba mówić bardzo często. Ale ja właściwie nie mówię "dość", jak gdyby chodziło o nadmiar czekoladek, raczej mówię sobie "pauza". I natychmiast planuję sobie działania po każdej wymuszonej przerwie. Różnica między muzyką a dziećmi polega na tym, że na flecie umie grać kilka tysięcy ludzi w Polsce, a przytulić chorego Ignasia mogę tylko ja. Dzieci uczą dorosłych nieskończonej ilości mądrych rzeczy. Jedną z nich jest prosta zasada, że miłość liczy się wyłącznie w godzinach. Kiedyś wydawało mi się, że więzi tworzą się przez rozmowy, przygody, wspólne doświadczenia. Dzieci nauczyły mnie, że miłość to wspólne pakowanie zmywarki i leżenie na dywanie wśród klocków rozrzuconych szerokim gestem. Codziennie.
Muzyka czasami musi poczekać, ale mam wielkie, naprawdę niesamowite szczęście, że mogę pracować z ludźmi, którzy potrafią mnie zrozumieć. Wspólnie udało nam się znaleźć system w rodzinnym chaosie, wypracować sposób na rozsądne zajmowanie się muzyką. Najbardziej chyba zaufały mi dziewczyny z Integro, z którymi zaczęłam grać, będąc w zaawansowanej ciąży z drugim dzieckiem. Dzisiaj nasza praca w zespole poukładana jest perfekcyjnie.

Czy Twoje maluchy uczestniczą w koncertach mamy? Siedzą na backstage'u czy na sali, z tatą?
To zależy od egzemplarza. Tosia od urodzenia i z przymusu jeździła ze mną na koncerty, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Niemczech. W wieku pięciu miesięcy wysłuchała na przykład całego Weihnachtsoratorium, siedząc cichuteńko na kolanach taty. W przerwie zdążyłam ją nawet nakarmić w garderobie. Z dumą przyjmowałam liczne wyrazy uznania i zachwytu. Kiedyś

WawaParis i Tosia na Lwowskiej. A mama gra. fot. Mateusz Żaboklicki

przesiedziała też cały koncert w garderobie solistów, m.in. z genialnym pianistą Jean-Efflam'em Bavouzet. Tosia, dzisiaj już jako szkolna dziewczynka, umie i lubi słuchać muzyki klasycznej. Czasami zabieram ją na jakiś koncert np. WawaParis, w podwórku secesyjnej kamienicy przy ul. Lwowskiej. Natomiast dwuletni Ignacy od urodzenia okazał się zaborczym macho i kiedy tylko zaczynam grać, zdecydowanie protestuje. Jest maniakalnym fanem Marsza Radetzky'ego, ale mamy zajętej muzyką na razie nie umie zaakceptować.

Mówi się, że nie ma dobrego momentu na dziecko. To chyba w szczególności dotyczy matek-artystek...
Nasze dzieci urodziły się z zasadniczej decyzji, że chcemy je mieć. Bez wielkich planów, gdzieś po drodze okazywało się, że jestem w ciąży i trzeba było jakoś wokół tej wiadomości zorganizować nasze życie. W 2007 roku z całą pewnością nie poradziłabym sobie bez wsparcia mojego profesora Janosa Balinta z HfM Detmold. Nie tylko mogłam normalnie studiować, ale także wziąć udział w międzynarodowym konkursie fletowym, czy zagrać koncert z Sir Rogerem Norringtonem na miesiąc przed narodzinami Tosi. Nigdy nie planowałam, jak będzie wyglądała moja aktywność zawodowa z dziećmi. Wiedziałam tylko, że na pewno będę grać, że nie zrezygnuję. Jak napisała mi kiedyś przyjaciółka walcząca w Moskwie z pracą magisterską: "składam się z nieustannych powrotów do komputera". Ja od siedmiu lat składam się z nieustannych powrotów do fletu. 

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (2 głosów)