Cezary Skubiszewski: Artysta musi w siebie wierzyć.

Raz nawet ktoś napisał, że chce by mój utwór z filmu „Red Dog” grano na jego pogrzebie. No, bardzo ładny komplement – mówi Cezary Skubiszewski, polski kompozytor muzyki filmowej od lat mieszkający w Australii.

 

Wyemigrował pan z Polski na początku lat 70. Jakie były tego powody?

Od 1968 roku regularnie wyjeżdżałem do Anglii i Francji, brat ojca mnie zapraszał.  W czasie inwazji na Czechosłowację chciał mnie tam zatrzymać. Za każdym razem po powrocie czułem polityczną opresję. Czułem też energię młodości, ciekawość świata. Fantazjowałem o Australii, bo mało się o niej wiedziało, była daleko. Na jednej prywatce… Używa się jeszcze tego słowa w Polsce?

Czasami.

Pewnie starsi ludzie tak mówią. Teraz jest „party”. Także, na tej prywatce powiedziałem, że po studiach chciałbym zamieszkać w Bieszczadach, może gdzieś dalej. Kolega zaproponował… Australię i zaczęliśmy planować. Poszedłem do ambasady australijskiej w Paryżu, dostałem wizę. W tamtych czasach, ze względu na sytuację polityczną w Polsce, było to dosyć proste. Poza tym w Australii był wtedy niesamowity boom ekonomiczny, potrzebowali masy ludzi. Nawet przelot opłacali. Po moim przyjeździe wygrała akurat partia pracy i znieśli opłaty za studia. Zamieszkałem w jezuickim college'u na uniwersytecie, co było dla mnie egzotyczne, jedliśmy tradycyjną kolacje co wieczór jak w Oxfordzie. Byłem sam, bez rodziny. Miałem jakichś znajomych, ale w zasadzie zacząłem od zera. Żyłem z dnia na dzień, jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z problemów emigracyjnych, mam na myśli kwestie emocjonalne.

Myślał pan o powrocie?

Siostra przyjechała kilka lat później, także już nie myślałem. Mama zmarła, kiedy miałem dziewiętnaście lat, potem zmarł mój ojciec. Z ulicy Wilczej jestem, wychowałem się dwa domy od komendy głównej, mam wobec tego dużo wspomnień, że tak powiem akustycznych. Nie oglądam się za siebie. Jeżeli ktoś chce, bym przerobił moją muzykę, to nie jestem zainteresowany. Niech zrobi to ktoś inny. Uważam, że trzeba iść do przodu. Oczywiście niezmiennie czuję się Polakiem.

Niedawno odzyskał pan polskie obywatelstwo po tym, jak w latach 80. został pan go pozbawiony.

Aby siostra mogła do mnie przyjechać, musiałem uregulować stosunki z Polską. Dano mi dwa wyjścia: natychmiast wracam albo oddaję polskie obywatelstwo. Byłem w trakcie studiów, więc je oddałem. Nazywało się to wówczas: zamiana obywatelstwa polskiego na obce. Wiele lat później polski ambasador pomagał mi je odzyskać. Niestety, nie oddali mi go, ale naddali. Trochę jestem na nich obrażony. W domu mówię po angielsku, ale zawsze podkreślam, że jestem Polakiem.

…i zachował pan nazwisko trudne do wymówienia dla Australijczyków.

Mojej córce, aktorce, doradziłem żeby miała aktorskie nazwisko. Zmieniła więc na Viva Bianca, ale w paszporcie trzyma: Skubiszewski. Australijczycy nie są tak otwarci na europejskie nazwiska, jak na przykład Amerykanie. Tutaj kraj jest zbudowany na korzeniach anglosaskich, w Wielkiej Brytanii czuję się, jak w Australii. To przecież część commonwealthu, stara kolonia, Elżbieta II jest naszą królową, mamy gubernatora. Ciekawe, historyczne sprawy. Czasem porównuje się Australię do USA, ale USA jest połączeniem kolonii. Nowy Jork założyli Holendrzy, Alaska była rosyjska, Nowy Orlean francuski. Był Dziki Zachód, ludzie tamte ziemie zdobywali. Tutaj było więzienie. Niektórzy mówią, że to taki młody kraj, a przecież kultura Aborygenów ma 45 tysięcy lat. Przez ten czas byli geograficznie odcięci od cywilizacji, dlatego są bardziej związani ze spirytualnością, z duchowością. W tych sprawach jesteśmy przy nich inwalidami, odbieramy rzeczywistość racjonalnie, gromadzimy sprawy, gromadzimy rzeczy. Tutaj ludzie koczowali. Pracowałem z wybitnymi reżyserami aborygeńskimi, jak Rachel Perkins, której ojciec dostał lordostwo, był pierwszym Aborygenem w senacie.

Inaczej się z nimi pracuje?

Każdy Aborygen ma w sobie gniew, zabrano im kraj. W czasie komunizmu czuliśmy taki gniew w stosunku do Rosjan. Jako Polaka zupełnie inaczej mnie przyjmują, nie jestem anglosaskim opresorem. Chociaż wielu Australijczyków jest już w tych kwestiach w porządku.

W wywiadzie dla portalu Soundtracks.pl powiedział pan, że jesteśmy nasiąknięci chopinowską sentymentalnością. Podobno kiedy Zbigniew Preisner komponował muzykę do „Tajemniczego ogrodu”, producenci hollywoodzcy stali nad nim i pilnowali, by pisał w dur, a nie w moll. Czy pan w Australii musi z tą sentymentalnością walczyć?

Rzeczywiście łatwiej komponuje mi się w mollowych tonacjach. Raz nawet ktoś napisał, że chce by mój utwór z filmu „Red Dog” grano na jego pogrzebie. No, bardzo ładny komplement. Ale tacy jesteśmy, sentymentalni. Nawet durowa muzyka Chopina czy Pendereckiego, Lutosławskiego, Preisnera czy Kilara… Dobre nazwiska wymieniłem, no to jeszcze: czy Komedy, ich durowa muzyka jest smutna. Dlatego dobrze, ze Polacy grają jazz, bo jest on bardziej mollowy. A nie najlepiej grają muzykę popową, która jest związana z bluesem. Jak się bluesa nie czuje, to jak to się mówi po angielsku, jest to krem, ale bez ciasta. Jest to, co na wierzchu, ale nie ma tego, co głęboko.

Co przeniósłby pan z Australii do Polski, jeżeli chodzi o relację kompozytora z reżyserem, a czego Australijczycy mogą uczyć się od nas?

Łódzka Szkoła Filmowa jest bardzo dobra, ale nie każdy kto ją skończy, będzie uznanym filmowcem. Pomysły też się liczą. Są reżyserzy, niezależnie czy z Polski, czy z Australii, którzy kończą film i bezrefleksyjnie dobierają utwory, a są bardziej wrażliwi, precyzyjni, wiedzą jaka jest rola muzyki. Michał Otłowski od „Jezioraka” był wymagający. W dodatku cały film zrobiłem na odległość, nie miałem czasu pojechać do Polski. Z drugiej strony, to chyba dobrze, bo ta odległość przełożyła się na nieco inny ton. Robię czasami reklamy dla polskich browarów, reżyserzy mówią, że moja polska muzyka jest taka z perspektywy zza Polski. Może dlatego mam od nich coraz więcej zleceń? Odbieram to emocjonalne, po wszystkich latach tutaj nagle jest w kraju zainteresowanie, a zdaję sobie sprawę, że jestem w Polsce słabo znany. W każdym razie lubię, jak mnie reżyser przyciśnie. Jeszcze raz wówczas spojrzę, coś zmienię. Zawsze staram się zrozumieć intencje reżysera, nadać scenie jakiś nowy odcień. No, ale niektórym złym scenom trzeba pomóc bardziej.

Na przykład naprawić kiepską grę aktorską.

Zwłaszcza w telewizji.

kadr z filmu Jeziorak

Jest pan ceniony w Australii. Zdobył pan m.in. 2 australijskie Oscary za muzykę do filmów „La Spagnola” i „Faceci w butach”.

Z „Facetami w butach” było tak, że 20th Century Fox otworzyło studio w Sydney, pierwsze w Australii. Zadzwonili do mnie i mówią, że wyślemy ci scenę, chcemy zobaczyć, jaką muzykę do niej napiszesz. Spytałem, czy mam jakąś konkurencję, a oni że Stewart Copeland, perkusista z „The Police”! Najlepszy perkusista, jakiego słyszałem, no może za wyjątkiem Johna Bonhana z Led Zeppelin, świetnie grał, ale jak ja mogę z Copelandem konkurować?! Kilka dni później obudziłem się i wiedziałem, że w filmie musi być grunge, punkowe brzmienie z olbrzymią, showbiznesową sekcją blachy. Popracowaliśmy z gitarzystą parę godzin, dograliśmy perkusję, dęciaki i wysłałem nagranie. Po dwóch dniach dostałem pracę.

Czy te sukcesy wpłynęły na pana życie zawodowe, otrzymuje pan więcej ofert?

W zeszłym tygodniu musiałem odmówić pracy przy 2 filmach. Nie dam rady 3 filmów w tym samym czasie robić.

Pamięta pan najbardziej stresujący moment w pracy kompozytora muzyki filmowej?

Zawsze jest jakiś problem, np. z powodów technicznych. Przy „Death Defying Acts” przenosiłem materiał nagraniowy z dysku na dysk, coś się stało i wszystko straciłem. Studio mam w ogrodzie, za domem, żona powiedziała potem, że takiego bladego to mnie jeszcze nie widziała. Znalazłem informatyka i przez noc odzyskaliśmy dane. Największym problemem jest muzyka tymczasowa. To się nazywa clowning, rozmnażanie utworów, jak na przykład rozmnożyli „Matrixa” czy „American Beauty”, po którym wszędzie słyszało się marimbę. W filmie, nad którym teraz pracuję, dali piękną mszę afrykańską, fanatyczną. Jak ją usłyszałem, załamałem się. Jak mam z tym konkurować? Wiem już, że nie można naśladować temptracka, lepiej zrobić coś zupełnie innego. Jak się naśladuje, to nigdy dobrze nie wyjdzie. Ale i to czasem nie pomaga. Mój kolega pracował przy filmie, do którego zaangażowali Philipa Glassa. Temptracki mieli z jednego amerykańskiego filmu. Glass przysłał swoją kompozycję, a oni tak się przyzwyczaili do muzyki tymczasowej, że kupili do niej licencję, a Glassa odesłali.

Ma pan zwierzęta?

Mam dwa beagle. Kiedyś miałem farmę, pięć koni, dużo jeździłem konno. To jedyny sport, który dobrze opanowałem. W tenisa trochę grałem, ale.. Gram w tenisa! Jestem w Australii, nie grać w tenisa w Australii? Na uniwersytecie codziennie rano ćwiczyłem, grały ładne dziewczyny, to musiałem być dobry. Jak by zareagowały? W każdym razie konie uwielbiam.

No właśnie, jest pan z wykształcenia weterynarzem.

A tak, to od początku. Chodził ze mną do klasy w podstawówce Aleksander Bem, który potem założył Bemibek. Ewa Bem, to jego młodsza siostra. Zapytałem raz, co twój tata robi, to on mówi: „Mój tata gra rhythm and blues”. Ja, że co to jest? On, że mam iść zobaczyć, więc poszedłem. Publiczność w 85% „chuligani” - tak się o nich mówiło. Siła tego rock and rolla była niesamowita. Ojciec Alka rzucał się po pianinie… Mój ojciec tak się nie rzucał. Wkrótce założyliśmy zespół. Grałem na pianinie albo wskakiwałem na pianino z gitarą, obracałem ją na plecy i tak grałem. Ewa Bem czasem śpiewała. Do ich domu przychodziła czołówka jazzowych muzyków: Ptaszyn Wróblewski, Dyląg, Karolak, Urbaniak. Mój dom był konserwatywny, a tam była jazzowa cyganeria, alkohol, papierosy, muzyka Johna Coltrane’a. Ten dom miał na mnie wpływ. Jednak brakowało mi wiary w siebie. Artysta musi w siebie wierzyć.

Kiedy pan uwierzył?

Na uniwersytecie w Melbourne. Za każdym razem, gdy zagrałem na pianinie, reakcja była bardzo pozytywna. Po studiach wyjechałem na północ Australii, w tropiki. Tam, w środowisku hippi, ćwiczyłem grę 10 godzin dziennie. Mieszkałem z dziewczyną, lekarką, potem się pokłóciliśmy i przeniosłem się do dużego, wojskowego namiotu. Zamieszkałem w nim z moim pianinem. A kiedy przyszła pora deszczowa, wróciłem do dziewczyny. Taki człowiek jest. Nikt nie jest perfect, jak to w „Pół żartem, pół serio” powiedziano. Przeniosłem się do Sydney, w gazecie znalazłem ogłoszenie, że jakiś zespół potrzebuje keyboard player, klawiszowca na tour. Poszedłem na przesłuchanie. W kolejce było 80 chłopaków, a wzięli mnie. Okazało się, że to byli muzycy z zespołu Manfred Mann! Pojechałem z nimi na krajowe tournée. Brzdąkałem sobie moje kompozycje na próbach, a oni że są fantastyczne i zaczęli wciągać je do repertuaru. Nagle miałem poparcie tak znanych muzyków! Gdybym nie wygrał tego przesłuchania, życie ułożyłoby mi się inaczej. Mogłem wtedy dużo więcej zarabiać w klinice weterynaryjnej, ale wołałem grać w klubie.

Podobno jest pan fanem grupy Massive Attack i Radiohead?

Powiedziałem to dosyć dawno w wywiadzie i teraz to powtarzają, a czasy się zmieniają. Oczywiście Johnny Greenwood jest bardzo utalentowany, wykształcony, nawet wpływy Pendereckiego słyszy się w jego muzyce filmowej. Podobały mi się eksperymenty Radiohead i Massive Attack, ich poszukiwania.

A teraz kogo pan słucha?

Kiedyś na Screen Music Awards graliśmy z Nickiem Cavem. Potrafi on kicz przetworzyć tak, by brzmiał jak sztuka. Lubię tę ideę, nawet bardziej niż samą muzykę Cave’a. Podoba mi się soundtrack do „Leona zawodowca” Erica Serry. Słyszałem jego kompozycje też w innych filmach, to tak mi się za bardzo nie podobało. Na pewno dobra muzyka powinna budzić we mnie zazdrość. Był okres, że uwielbiałem Pendereckiego, do dzisiaj czuję niesamowity respekt dla polskich klasyków muzyki współczesnej. Jeżeli chodzi o muzykę popularno-rockową, ciekawe jest, że żadna dziedzina sztuki nie miała takiego wpływu na kulturę, jak w latach 60. i 70. właśnie muzyka rockowa. To ona rozpoczęła rewolucję kulturalną młodzieży, najpierw w Paryżu, który był centrum kulturalnym i intelektualnym, a pod koniec lat 60. w Londynie, gdzie zagrał Jimi Hendrix, a wcześniej grali The Beatles. Niesamowita rewolucja, która zmieniła świat. W Polsce nie miała ona takiej siły. Zwłaszcza, że inteligencja w nią nie wierzyła, rock and roll uważano za coś gorszego. A rock and roll tworzył historię.

Rozmawiał Łukasz Jakubowski

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)