Jazz to potrzeba, aby się wyzwalać [wywiad z High Definition Quartet]

fot. Adam Golec

W listopadzie tego roku nakładem Anaklasis ukazało się trzecie wydawnictwo High Definition Quartet pt. „DZIADY”, inspirowane drugą częścią sławnego dramatu Adama Mickiewicza. Z Artystami o ich najnowszym dziele, a przede wszystkim o jazzie, współpracy i wolności rozmawia Maria Nowrot.

Maria Nowrot: Piotrze, zarówno w projektach solowych, jak i tych z kwartetem inspirowałeś się muzyką Pendereckiego, Lutosławskiego i Bacha. Nie boisz się wielkich nazwisk?

Piotr Orzechowski: Nie. Wierzę w to, że wszyscy mamy ten sam potencjał twórczy, a tylko różnie go wykorzystujemy. Albo też z lenistwa tracimy go i poddajemy nasz umysł zewnętrznym błyskotkom. To najczęstszy przypadek. Dlatego warto konfrontować się z dorobkiem tych ludzi, którzy nie dali za wygraną, którzy życiowo nie odpuścili, którym o coś chodziło. Oni są wzorem do naśladowania – nie naśladowania ich muzyki, tylko postawy wewnętrznej. To ona czyni wielkim, nie talent.

Od dawna używasz pseudonimu Pianohooligan. Słowo „chuligan” sugeruje brak szacunku dla zasad i autorytetów, być może także pewne destrukcyjne działania. Czy tak postrzegasz swoją twórczość?

Piotr: Destrukcja jest owocna, gdy jest wymierzona w krępujące nas schematy. Schematem, który ja uznałem za wart zniszczenia, jest myślenie o jazzie jako gotowcu stylistycznym do odegrania. Muzycy szkolą się, żeby sprawnie żonglować synkopowanymi motywami, kopiować maniery wykonawcze swoich mistrzów z zagranicy. Patrzę na to ze smutkiem i złością – i to jest zarzewie realnego buntu. A jeśli pytasz o dekonstrukcję „zasad” i „autorytetów”, to tak, należy się sprzeciwić bezmyślnemu wykonywaniu zasad i ślepemu wpatrzeniu w autorytety. Bo to my – nasze wnętrze ma tworzyć zasady, a autorytet to ktoś, kto ma nas w tym uświadamiać.

Czy ta niepokorność przenosi się również na zespół? Czy bunt i współpraca idą w parze?

Piotr: Zespół to jednak coś innego, bo w pewnym sensie jest w nim czterech autorów. Gdy stajemy na scenie, mamy w głowach strukturę mojej kompozycji – „Bukolików” czy dajmy na to „Dziadów” – ale też świadomość, że musimy stworzyć ten utwór od nowa, improwizując. Właściwe dzieło powstaje jako wynik spontanicznych ruchów, które między nami zachodzą.

Mateusz Śliwa: Traktujemy wspólną grę jak kolektywną improwizację, czyli właśnie dyskusję. Każdy z nas czuje się totalnie wolny i właśnie dzięki temu możemy pójść w nieznane rejony i wyrażać swoje uczucia, na które wspólnie reagujemy.

Alan Wykpisz: Bunt przeciwko stagnacji i wydeptanym ścieżkom pozwala takiej współpracy rozwinąć skrzydła kreatywności. To taka potrzeba poszukiwania i wypuszczania się w nieznane.

Piotr Orzechowski jest podpisany na płycie jako autor utworów, ale wspomnieliście już, że w kwartecie panuje duże równouprawnienie. Jak wygląda Wasz proces twórczy, praca nad płytą lub projektem?

Piotr: Pamiętaj, że oprócz mnie swoje kompozycje na album stworzyło jeszcze pięciu innych artystów – William Basinski, Robert Rich, Krzysztof Knittel, Igor Boxx i Christian Fennesz. W tej sytuacji tytułowanie autorów już na wstępie robi się problematyczne. Ale prawdziwy dylemat dotyczy czegoś innego. Bo z jednej strony to ja układam cały szablon cyklu, wymyślam harmonie, struktury na podstawie akcji dramatu, ale z drugiej to zespół nadaje temu wszystkiemu życie, często przecież odchodząc od wstępnych założeń, budując nowe światy. To jest pytanie o status improwizacji względem kompozycji. Dziś, na obecnym etapie rozwoju muzyki, on jest wciąż niejasny.

Grzegorz Pałka: Jeśliby przeanalizować strukturę kompozycji Piotra – mam na myśli szczególnie „Przygotowania” i „Kocioł wódki” – można dostrzec, że znaczącą rolę w procesie formotwórczym miał element rytmu. To skłoniło mnie do odejścia od tradycyjnego traktowania zestawu perkusyjnego, który zazwyczaj wyznacza tylko kręgosłup rytmiczny utworu. Taka pozostawiona do wypełnienia, nieokreślona przestrzeń pozwala stać się równoprawnym partnerem w ewolucji tworzenia się dzieła.

Czy tworząc muzykę, jesteście jednomyślni, czy zdarzają się Wam spory?

Grzegorz: Pomimo tego, że chyba wszyscy mamy podobne podejście do tworzenia muzyki czy do jej znaczenia w życiu, to zdarzają się różnice zdań. Nie nazywałbym tego sporem – to jest właśnie kreatywne podejście do wykonywanej pracy. Jeśli mamy różne pomysły, to najpierw je omawiamy, a potem przenosimy to na grunt muzyczny, żeby usłyszeć rezultat. Ostatecznie dochodzimy do wspólnego wniosku, która z opcji będzie najodpowiedniejsza dla naszej ekspresji. Ważne jest, by pozostawać otwartym i nie bać się proponować, ryzykować – nie tylko na próbach, a przede wszystkim w trakcie trwania koncertu.

Alan: Gdy ma się na uwadze muzykę, wszystkie inne sprawy schodzą na drugi plan. Jej czystość i szczerość jest najważniejsza. I to też wpływa na nasze dobre relacje. Emocje na scenie czy poza nią to bardzo bliskie światy, wzajemnie się przenikające. Myślę, że to jest naszą siłą.

Utwory nagrane na najnowszej płycie High Definition Quartet są owocem Waszej inspiracji kolejnym wielkim twórcą i dziełem – II częścią „Dziadów” Adama Mickiewicza. Dlaczego wybraliście właśnie ten utwór? Co takiego w nim Was zafascynowało?

Piotr: Chodziło o muzyczne przedstawienie sytuacji rytualnej. Mickiewicz się nam przydał, bo sporządził rewelacyjny opis obrzędu, na którym opiera się nasza suita. Ale to przede wszystkim dotarcie do procesów myślowych uczestników tego wydarzenia, a nie autora dramatu. Interesowały mnie ich zmiany decyzji, uczucia, reakcje na wywoływane zjawy, które reprezentowali artyści muzyki ambientowej.

Muzyczne interpretacje dzieł literackich mają długą tradycję. Jak Wy podchodzicie do tematu?

Piotr: W historii muzyka często pełniła funkcję służebną względem tekstu, akcji utworu literackiego. Nasze „Dziady” są silnym wyrazem idei, że prawdziwa akcja rozgrywa się w człowieku i jest mentalna, refleksyjna, autorefleksyjna. Tym samym dzieło Mickiewicza odczytuję jako dzieło psychiczne, wewnętrzne, gdzie za fasadą zdarzeń kryją się myślące indywidua – mieszkańcy litewskiej wsi i ich alter ego. Muzyka nie ma tu być zdobieniem, ale substancją dramatu.

Jazz i polska kultura mogą wydawać się od siebie odległe – zarówno geograficznie, jak i stylistycznie. Jakie jest między nimi pokrewieństwo? I jak sądzicie – co sprawiło, że jazz tak dobrze przyjął się na polskim gruncie?

Piotr: Jazz jest wyrażaniem impulsów wewnętrznych. Jest zmaganiem z materią – z instrumentem, sytuacją, własną psychiką – na żywo. To uniwersalna koncepcja obecna w działalności człowieka od zawsze. To, że jazz przyjął się w Polsce, świadczy o potrzebie mentalnej Polaków, aby się wyzwalać, aby docierać do swojej głębi i wyrzucać ją z siebie, dla innych, w bezpośrednim spotkaniu z publicznością. Czym innym jest odgrzewanie kotleta, którym jest amerykańska stylistyka jazzowa, będąca skamieliną po minionym etapie tego wyzwalania. Oba nurty przyjęły się nad Wisłą, bo my lubimy zarówno konserwować, jak i być „do przodu”. Te skrajności są u nas obecne.

Mateusz: Myślę, że należy szukać odpowiedzi w tych impulsach wewnętrznych, o których wspomniał Piotr. W tym, co jest zakorzenione w Polakach, czy generalnie gdzieś głęboko w Słowianach, w ich genotypie. A to są też starosłowiańskie obrzędy, które setki lat temu były elementem codzienności. Niemal zawsze takie rytuały były jakimś metafizycznym doznaniem – próbą zagłębienia się w swoje ja, połączenia z innym światem. Podobnie jest z jazzem. Aby zrozumieć tę muzykę, trzeba spróbować postrzegać i tworzyć ją nie tylko z punktu widzenia warstwy dźwiękowej, ale też – a może nawet przede wszystkim – warstwy mentalnej. I zdaje się, że właśnie te zależności są przyczyną dobrego odbioru muzyki improwizowanej w naszym kraju.

Alan: A mnie jest bliżej do muzyka improwizującego niż jazzowego. Jazz zawsze będzie związany z Nowym Orleanem, afrykańskim rytmem etc. I dla mnie on jest jednym ze środków wyrazu. Z kolei mojemu sercu bliska jest definicja, zgodnie z którą jazz byłby szczerością i prawdą, kanałem uwalniania emocji. Taki muzyk jazzowy staje na scenie ze swoim instrumentem, bagażem emocji, obnażony, rozświetlony reflektorami, nagradzany oklaskami. Nie ma tam miejsca na udawanie.

A czym dla Was osobiście jest jazz?

Mateusz: Cytując legendę – Charliego Parkera: „Jeśli czegoś nie przeżyjesz, to twój instrument nigdy tego nie zagra”. Uważam, że to najlepsza definicja. Jazz jest przede wszystkim wyrazem osobistych emocji oraz doświadczeń życiowych.

Piotr: Nie słyszałem tego, fajnie sformułowane. To bardzo rozszerza postrzeganie gatunku. Oprócz tego jest jeszcze fakt, że to przeżycie odbywa się na scenie, spontanicznie, inaczej niż w wypadku na przykład kompozycji ambientowej.

Grzegorz: Popatrzyłbym na to z jeszcze innej strony. Mateusz przywołał Parkera, to ja też przytoczę myśl, dzięki której zrozumiałem inne oblicze muzyki, nie tylko jazzu – „Muzyka to jest taka piękna starsza pani, której trzeba służyć, a nie się nią wysługiwać”. Są to słowa autorstwa Janusza Muniaka, których myślę nie trzeba rozwijać.

Piotr: Oj, ja bym tu widział jakąś młodą panią. Choć na tyle dojrzałą, że rozumie, na czym ta jej młodość polega. Ale żadną panią nie można się wysługiwać!
 

 

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów