Koji Kamoji: chcę tworzyć sztukę bez śladu pęknięć

Koji Kamoji, Haiku - woda, fot. Tadeusz Rolke

Koji Kamoji. Rodowity Japończyk, a jednocześnie jeden z najwybitniejszych współczesnych artystów polskich. Jak do tego doszło? Mam zamiar o to zapytać. I nie tylko o to. Wywiad jest po części także wywiadem ze mną samym, co stanie się jasne w miarę czytania, z góry więc przepraszam za nie krótkie pytania. A artyście dziękuję, że znalazł dla nas czas.

Władysław Rokiciński: Mieszka Pan w Polsce już od tak wielu lat. Ale co wiedział o Polsce młody japoński artysta, Koji Kamoji, zanim po raz pierwszy tu się znalazł? W którym roku to było?

Koji Kamoji: Do dziś dobrze pamiętam, że było to 16. lipca 1959 roku. Przypłynąłem do Gdyni półhandlowo-półpasażerskim statkiem „Stefan Okrzeja”, po dwu i pół miesięcznej podróży z wspaniałymi przygodami. W porcie powitali mnie: prof. Wiesław Kotański, japonista z Uniwersytetu Warszawskiego, i Kazuo Yonekawa, kilka lat ode mnie starszy. Miałem wtedy 24 lata. Rok wcześniej ukończyłem studia na tokijskim Musashino Art. University i dzięki pomocy mojego wuja, Ryochu Umeda, który długo mieszkał i pracował w Warszawie przed wojną i był wielkim przyjacielem Polski, otrzymałem stypendium na 5 lat od polskiego Ministerstwa Kultury i Sztuki.

Jakie wówczas miał Pan zamiary? Na jak długo planował Pan wtedy pobyt?

Wtedy na pewno nie przypuszczałem, że pozostanę tu na całe życie. Teraz mam 83 lata. Nie do wiary! Na szczęście nie spotkała mnie do dziś od Polaków żadna wrogość, wręcz przeciwnie: zawsze okazywano mi serdeczność i ciepło. Wówczas, na studiach, wcale nie miałem jakiegoś dalekosiężnego planu na przyszłość. Ale studia, praca zarobkowa na utrzymanie mojej rodziny, przyjaźń z kolegami i malowanie jakby wciągnęły mnie mocno i bezpardonowo w wir, w głąb życia w Polsce.

I pozostał Pan wierny malowaniu.

Tak. Jakimś cudem i dzięki pomocy wielu ludzi, na pewno także dzięki mojemu uporowi i sprzyjającym okolicznościom, udało mi się przetrwać do dziś, nie porzuciwszy malowania. Malowanie stało się moim zawodem i motywacją do życia. Otrzymałem tu też wiele przyjaźni i serdeczności. Mimo różnych bardzo trudnych momentów, które przezywałem w moim życiu w Polsce, mam teraz troje dzieci i troje wnuków, i wielu przyjaciół.


Koji Kamoji, We wnętrzu

Miałem zaszczyt i przyjemność poznać Pana osobiście – dzięki naszemu wspólnemu znajomemu, Stefanowi Szydłowskiemu, który prowadził wtedy galerię artystyczną w budynku biblioteki publicznej w Legionowie. To było już tyle lat temu, ale do końca dni moich nie zapomnę tamtego wernisażu. Instalacja miała tytuł „Haiku – Woda”, w pokoju zobaczyłem studnię, a kiedy się nad nią pochyliłem... W dole było lustro wody! Studnia została naprawdę wykopana, poprzez piwnicę i fundament budynku. Skończyło się, wiadomo, swoistym skandalem, Stefan przestał prowadzić galerię w Legionowie, co pewnie pomogło mu osiągnąć to, kim jest teraz, ale tamto wrażenie było niesamowite i niezapomniane.

Jak Pan wspomina tamten wernisaż?

Stefan Szydłowski prowadził wtedy małą galerię przy bibliotece w Legionowie. Działał bardzo aktywnie, zapraszał wielu ciekawych ludzi z różnych dziedzin sztuki i nauki. Zawsze dużo ludzi przyjeżdżało do Legionowa, by słuchać wykładów i oglądać wystawy. Z naszego środowiska pamiętam Stasia Cichowicza, Ernę Rosenstein, Wiesława Borowskiego, Jaromira Jedlińskiego, Edwarda Krasińskiego, Henryka Stażewskiego i wielu innych. Moja wystawa była jednym z takich wydarzeń w tej legionowskiej galerii. Kiedyś u mnie, w mojej pracowni, pokazałem Stefanowi rysunek, taki szkic projektu studni. Stefanowi bardzo się to spodobało i powiedział: „No, to zrobimy to.” Ponieważ był dyrektorem tej miejskiej, publicznej biblioteki, mógł samodzielnie podjąć decyzję budowy studni w „jego” bibliotece. Ja tego sam nie przewidywałem. Później, w telewizji panowie Mann i Materna powiedzieli, że Japończyk wymyślił, a dyrektora „powiesili”. Tak żartowali.

To była spora budowlana robota. Jak przebiegała?

Zaczęliśmy po kryjomu kopać prawdziwą studnię w małym pomieszczeniu legionowskiej biblioteki, bez użycia maszyn, prawie ręcznie, używając sznurów i wiadra. Dwóch mężczyzn nam pomagało. Najpierw wycięliśmy podłogę. Przywieźliśmy cembrowiny (11 sztuk) i w ciągu paru tygodni, przeważnie w sobotę i niedzielę, dokopaliśmy się w końcu do podziemnej wody, na głębokości około 8 metrów. Później wypiliśmy herbatę zrobioną z tej wody. Jednym słowem, była to na pewno niesamowita przygoda. Ludzie ze strachem zaglądali, w czasie wernisażu i w czasie trwania wystawy, w głąb tej studni, bojąc się wpaść do niej.

A później wybuchła afera wokół tej studni.

Wiedząc, co Stefan później robił, a zwłaszcza, co robi teraz, mógłbym może spuentować tę część naszej rozmowy tak: to był przekop ku wolności.

Czy – posługując się przykładem tamtej niezapomnianej instalacji – mógłby Pan opisać, czym jest dla Pana wypowiedź artystyczna, jak powstaje i co chce Pan, jako artysta, przekazać odbiorcom Pana sztuki?

Jak i w przypadku tamtej studni, i w przypadku każdego innego, choćby skromnego obrazu, artysta chce, według mnie, przekazać odbiorcom to, co sam przeżywał w czasie pracy i w codziennym życiu. Dzielić się swoimi przeżyciami, wzruszeniami i smutkami. Chyba nic więcej. Tak sądzę. Ja chciałbym pokazać realność odczuwania życia.

Wróćmy do przeszłości. W Pana życiorysie wzrusza mnie czas, czas wojny, kiedy, chłopcem będąc, znalazł się Pan z daleka od domu, w miejscu, w którym dzieci miały być bezpieczniejsze. Pamięta Pan to? Jakim wspomnieniem powraca do Pana tamten czas i tamto miejsce? Wspomnienia z dzieciństwa bywają bardzo silne. Czy już wtedy – tamten chłopiec – myślał, żeby zostać artystą?

W starszym wieku, w jakim obecnie jestem, to, że mogę wspominać dawne czasy z okresu dzieciństwa, uważam za szczęście. Móc patrzeć z tej perspektywy. Wtedy był to czas trudny, byliśmy ciągle głodni, szukaliśmy po polach cienkich korzonków pozostawionych tam przez rolników. Jedliśmy małe rybki, złapane ręcznikiem na brzegu Morza Japońskiego, ruszały się jeszcze w naszych ustach. Ale dzieci, mimo bardzo trudnych warunków, przeważnie radośnie spędzają po swojemu swoje życie. Żyliśmy jednak w nieporównanie lepszych warunkach, jeśli porównać to z życiem dzieci w Polsce w czasie wojny. Jeśli pominąć bombardowania Tokio i bomby atomowe zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Mnie wojna na szczęście bezpośrednio nie dotknęła. Malowałem akwarelą obrazy, pamiętam, jak malowałem. Ale nie myślałem, ze tak będzie przez całe życie!

Potem były studia artystyczne w już powojennej Japonii, prawda? I decyzja o ich kontynuowaniu w Polsce. Czy ten zamiar powstał ze względu na jakiegoś polskiego artystę, który Pana zainspirował, czy może ze względu na sławę którejś z naszych akademii sztuk pięknych? Pytam, bo mogłoby się wydawać, że Polska lat 50-tych nie była jakimś szczególnie przyciągającym krajem.

Już opowiedziałem, jak znalazłem się w Polsce. Nie miałem jakiegoś z góry określonego zamiaru, czy planu na przyszłość. Codzienne życie, codzienne malowanie doprowadziły mnie do dziś. Kiedy przyjechałem do Polski, nie znałem pracy żadnego polskiego artysty. Powoli poznałem wielu wspaniałych artystów w Polsce, ważnych w historii sztuki, i zaprzyjaźniłem się z wieloma z nich. W moim przypadku stało się tak głównie dzięki Galerii Foksal, gdzie często spotykali się artyści i krytycy sztuki. Wiesław Borowski, Hanka Ptaszkowska, Henryk Stażewski, Tadeusz Kantor i wielu innych. Jestem pod tym względem szczęściarzem i wybrańcem losu. Tak można by powiedzieć. Środowisko powojennej sztuki polskiej stało się także moim środowiskiem artystycznym.

Po tym, jak się poznaliśmy w Legionowie, Pan i Stefan gościliście u nas na działce, w miejscowości Latków. Tam się wydarzyło coś, co nie tylko stało się dla mnie zagadką, ale i dało mi ogromnie dużo do myślenia. Na jaki temat? Co to znaczy być artystą. Krótko opiszę to zdarzenie: spacerując, znalazł Pan na polnej drodze kawałek drutu, jakoś tam wygiętego, jak to na ogół bywa z kawałkami drutu na polnych drogach. Kto z nas zwróciłby na niego uwagę? Dla Pana, ten drut stał się „średniowieczną koniczynką z Latkowa” i znalazł się w środku obrazu, pod takim właśnie tytułem, który dziś znajduje się w kolekcji prywatnej w Stanach Zjednoczonych. Artysta patrzy, ale widzi coś innego?

Wydaje mi się, ze to jest trochę podobnie, jak u małych dzieci. Bawimy się jak dzieci – bardzo poważnie. Zapominając, co się dzieje wokół nas. Chyba tak to wygląda. Zabawa jest dla dzieci i artystów poważnym, samym w sobie zajęciem. Ten pokręcony, zardzewiały drut, znaleziony na polnej drodze w Latkowie – pamiętam jak dziś. Nazwałem go średniowiecznym, bo sztuka tego okresu jest mi bliska. To było szczęście, że go wtedy zauważyłem.


Koji Kamoji, Koniczyna z Latkowa

Haiku. Myślę, że bardzo wielu ludzi zna to określenie i wie, choćby z grubsza, jaki to rodzaj poezji. Ale haiku można też uznać za swoisty manifest sztuki. Czy jest to coś, w czym wyraża się dusza mieszkańców Japonii? Jak mówi się, inny przykład, o saudade obecnej w pieśniach fado i o duszy Portugalczyków. Czym dla Pana jest haiku?

Haiku to oczywiście, jak wiemy, krótka forma japońskiej poezji. Ale ja uważam, że zawarte w nim cechy – jak prostota, bezpośredniość – są cechami Haiku i sztuki japońskiej w ogóle. Słowa Haiku używam też do określenia prac plastycznych, jak np. „Haiku – Woda”, „Haiku – Deszcz”... Moim zdaniem, widoczną cechą sztuki japońskiej jest prostota. Chyba tym przede wszystkim różni się ona od sztuki europejskiej, która jest realistyczna i obiektywna.

Jest Pan wspólnym artystą dwóch kultur, dwóch krajów, które geograficznie są tak odległe. Czy ludzie są znacznie bliżej siebie, niż wynika to z szerokości i długości geograficznych? Jak „ugryźć” taki temat i czy ma on znaczenie?

Żyjąc tu tyle lat, chyba czuję się jak Polak, choć nie do końca. Chleb mi bardzo smakuje, ziemniak jest moją podstawową potrawą, choć nadal nie zrezygnowałem z kuchni japońskiej. Siedzi we mnie w środku Japończyk. Tak rzadko piszę po polsku i sprawia mi to duże trudności. Dobrze, że jestem malarzem, a nie pisarzem. Ale jak Pan powiedział, czuję, że jestem artysta dwóch kultur. Życie mnie do tego zmusiło. Te dwie całkiem odrębne kultury Wschodu i Zachodu, japońska i polska, dość gruntownie mnie kształtowały i ciągle zadają mi pytania. Zawdzięczam to sytuacji. Czuć po japońsku i czuć po europejsku, to wspaniałe, interesujące przeżycie i intelektualna przygoda. Uważam, ze jest ono może i moim atutem i chcę tę możliwość jeszcze w pełni rozwinąć. Muszę tworzyć jednolitą, dobrze wymieszaną sztukę, bez śladu pęknięć. I żyć. To jest może problem treści i formy...? Trudne dla mnie zagadnienie.

Zapytam jeszcze o muzykę, bo Presto, kiedy się rodziło, powstało z muzyki i dla muzyki. Czy muzyka ma dla Pana znaczenie? Proszę się nie obawiać, że w przypadku odpowiedzi negatywnej ktokolwiek będzie miał cokolwiek Panu za złe, absolutnie nie!

Od dłuższego czasu muzyka Chopina, szczególnie nokturny, fascynuje mnie. Słuchając muzyki Chopina czuję, że ona realnie istnieje. Każdy pojedynczy dźwięk jest jakby osobnym bytem. Porównanie jest banalne i zużyte, ale każdy dźwięk Chopina błyszczy jak drogocenny kamień. One nie rozlewają się w sobie nawzajem. Lubię słuchać muzyki, ale brak mi wiedzy. Opisałem tylko moje wrażenie.


Koji Kamoji, Nie umieraj

Nie wiem, o co mógłbym jeszcze zapytać... Jest Pan człowiekiem tak bogatym w znaczenia – pewnie i dlatego, że poznałem Pana osobiście – z którym, wydaje mi się, mógłbym noc przegadać. Ale mówią też, że możliwość przesiedzenia razem wielu godzin w milczeniu, jest dopiero właściwą miarą bliskości. Odwróćmy więc na koniec role: czy chciałby Pan mnie o coś zapytać? Mnie, albo może czytelników Presto?

Jestem bardzo wdzięczny, ze dał mi Pan tę możliwość i udzielił głosu. Człowiekowi, który usiłował i nadal usiłuje połączyć tak odrębne światy i kultury. Częściowo to mi się udawało, ale tez często nie udało mi się ich połączyć. To męczy tworzyć jednolitą masę. Ale jeszcze nie chcę zrezygnować z wysiłków pełniejszego zrozumienia i uzyskania harmonii w życiu i w pracy.

Bardzo dziękuję za poświęcony nam czas. Jeszcze zapytam: gdzie – teraz lub w najbliższym czasie – można będzie zobaczyć Pana prace?

Ja też, kończąc, składam serdeczne życzenia Panu i Czytelnikom szanownego pisma Presto. Zapraszam na moją restrospektywną wystawę w Zachęcie 15. czerwca tego roku i w krakowskim Muzeum Manggha na początku przyszłego roku. Także na małą wystawę moich najdawniejszych prac w Galerii Propaganda w Warszawie w terminie zbliżonym, jak w Zachęcie.

Koji Kamoji urodził się w 1935 roku w Tokio. Studiował na tokijskiej Akademii Sztuk Pięknych „Musashino”, uzyskując dyplom w 1958 roku, a po przyjeździe w 1959 roku do Polski w 1959 kontynuował studia w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (dyplom w 1966 roku) w pracowni prof. Artura Nachta-Samborskiego.
Od 1965 roku Koji Kamoji aktywnie uczestniczy w życiu artystycznym, reprezentując polską sztukę współczesną na licznych wystawach w kraju i zagranicą. Jego dzieła znajdują się w kolekcjach muzealnych oraz w zbiorach prywatnych.
Artysta mieszka i pracuje w Warszawie.

 

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 9 (1 vote)