Magdalena Łazarkiewicz: Jesteśmy świadkami pewnego odrodzenia

Magdalena Łazarkiewicz | mat. pras. Gildii Reżyserów Polskich
Magdalena Łazarkiewicz | mat. pras. Gildii Reżyserów Polskich

Film „Powrót” zrodził się we mnie z niezgody na to, co obserwuję. A mianowicie na zagnieżdżenie się fałszu i hipokryzji w naszym życiu. To zjawisko jest dosyć powszechne. Myślę, iż jest to plaga, która atakuje świat w wymiarze globalnym, a więc i też w naszym lokalnym. Ale ten lokalny szczególnie mnie boli – Z Magdaleną Łazarkiewicz rozmawiamy o relacjach międzyludzkich, nastrojach społecznych i jej najnowszym filmie.

Lukrecja Jaszewska: Pozwolę sobie rozpocząć naszą rozmowę od fragmentu pochodzącego z książki Barbary Hollender pt. Od Kutza do Czekaja, w której czytamy o Pani „każdy film jest dla niej przygodą, prywatnym zdobywaniem Mount Everestu. Wyprawą, z której wraca trochę inna, wzbogacona o kolejną życiową lekcję”. Zatem porozmawiajmy o tej ostatniej Pani lekcji, filmie „Powrót”, o którym z kolei krytyk filmowy Łukasz Maciejewski w jednej z recenzji napisał: „ „Powrót” to tytuł symptomatyczny również dla samej reżyserki: jest powrotem do pierwszej reżyserskiej ligi po zdecydowanie zbyt długiej przerwie”.

Magdalena Łazarkiewicz*: No tak, chyba miał na myśli to, że dosyć rzadko robię filmy. Przeważnie raz, w porywach dwa na dekadę i to nie jest tak całkiem mój świadomy wybór. Zdecydowałam się na tworzenie filmów autorskich i bardzo osobistych, i to w pewien sposób wszystko determinuje. Po pierwsze bardzo istotny w tego typu przedsięwzięciu jest temat, którego się podejmuję. Muszę go mocno w sobie odnaleźć ale i przekonać samą siebie, że warto poświęcić kilka lat życia na jego realizację. Po drugie nie ukrywam, iż nie jest łatwo zdobyć fundusze na takie filmy. Ale jak widać czasami się to udaje.

 

Wywiad powstał dla Fundacji Legalna Kultura,
która prowadzi Bazę Legalnych Źródeł 
Klik do Bazy: bit.ly/LegalneŹródła

 

Film „Powrót” jest inspirowany prawdziwą historią?

Rzeczywiście była to inspiracja bezpośrednia. Kilka lat temu realizowałam serial dla telewizji publicznej pt. „Głęboka woda”, o pracownikach socjalnych z Marcinem Dorocińskim w roli głównej. Wówczas ze scenarzystką, Katarzyną Terechowicz, szukałyśmy autentycznych historii. Odwiedzałyśmy różnego rodzaju instytucje, których zadaniem jest pomoc ludziom w sytuacjach kryzysowych. I w ten sposób trafiłyśmy do Fundacji La Strada, która zajmuje się handlem ludźmi. Tam natknęłyśmy się na historię dziewczyny ze wsi, która w poszukiwaniu pracy wyjechała do Niemiec, gdzie wpadła w sidła mafii i była zmuszana do prostytucji. Na szczęście udało jej się uciec, wróciła do rodzinnej wsi, ale prześladowcy ruszyli za nią. Okleili wieś kompromitującymi ją zdjęciami, czego z kolei nie wytrzymała psychicznie i wyjechała. Ta historia posłużyła nam jako impuls do napisania scenariusza, który gdzieś miał w sobie ten zaczyn, czyli prawdziwą historię. Pracując nad scenariuszem, który zresztą miał co najmniej kilka wersji, dodawałyśmy kolejne warstwy opowieści. Scenariusz „Powrotu” to czysta fikcja, pochodząca z naszych obserwacji otaczającej nas rzeczywistości, z lektury reportaży.

Powiedziała Pani, że zanim zdecyduje się na pracę nad filmem, to musi Pani, dokonać głębokiej analizy tematu, głęboko przemyśleć za i przeciw. W moim odczuciu, film „Powrót” może wywołać w widzach silne emocje. Mnóstwo tam zła, okrucieństwa.

Bardzo się cieszę, że film budzi takie emocje. Jestem zwolenniczką zasady, którą wyartykułował kiedyś Ken Loach – wybitny brytyjski reżyser - jeśli nie czuje się buntu, wściekłości, mówiąc dosadnie tzw. wk....., to nie warto robić filmów. Film „Powrót” zrodził się we mnie z niezgody na to, co obserwuję. A mianowicie na zagnieżdżenie się fałszu i hipokryzji w naszym życiu. To zjawisko jest dosyć powszechne. Myślę, iż jest to plaga, która atakuje świat w wymiarze globalnym, a więc i też w naszym lokalnym. Ale ten lokalny szczególnie mnie boli.


mat. prasowe Holly Pictures

W tym cynicznym, zimnym świecie gdzie jest prawda i jak ją rozumieć? Kiedy rozmawiałam z Borysem Lankoszem o jego filmie „Ciemno prawie noc”, stwierdził, że jest wyznawcą prawdy ewangelicznej, a jak jest u Pani?

Ciekawe. Po premierze mojego filmu Borys podszedł do mnie i powiedział, że jest to jeden z bardziej chrześcijańskich filmów, jakie oglądał. Ale wie pani, ja w ogóle nie jestem tak naiwna, żeby wierzyć, że film może jakoś generalnie wpłynąć na losy świata. Chociaż przypadek filmu „Kler” może świadczyć o tym, że film może odegrać ważną rolę społeczną. Jest to wyjątek od reguły, ale ja nie zakładałam sobie takiego celu realizując „Powrót”. Ten film nie jest do końca filmem realistycznym. Jest zbudowany na planie przypowieści z wieloma odniesieniami do symboliki chrześcijańskiej, religijnej. Bardzo nam zależało na tym, aby dotknąć w nim jakiejś prawdy o ludziach.

Nie chcieliśmy jednoznacznie oceniać bohaterów, chociaż na pierwszy rzut oka są to postaci budzące w nas – widzach - sprzeciw, niechęć i złość. Chcieliśmy zrozumieć ich słabości, zrozumieć, dlaczego krzywdzą się nawzajem, wbrew idei instytucji, na gruncice których się poruszają. Dwie instytucje - Rodziny i Kościoła - powołane do tego, żeby wspierać ludzi w różnych sytuacjach, szerzyć miłość bliźniego, przebaczenie, zrozumienie czy inne piękne wartości - niestety -zawodzą.

W ich obrębie coś pękło, przestało działać, wkradł się jakiś fałsz, pomylenie pojęć -. ofiarę myli się z prześladowcą. Więc to jest jakiś aksologiczny zamęt, pustka, którą odczuwamy i który atakuje nas co dzień zewsząd. W mediach społecznościowych serwuje się nam postprawdę, fałsz, fejki, hejty. Gubimy się w gąszczu tych wszystkich bodźców, nie umiejąc odróżnić tego, co jest prawdą, a co kłamstwem. Chodziło nam o to, żeby pokazać, że jeśli wpuszcza się do swojego życia te fałszywe wartości, jeśli buduje się swoje życie na kłamstwie to prędzej czy później, to nas dopadnie.

Zabrzmiało groźnie.

I prawdziwie, w pewnym sensie jest to właśnie przesłanie czysto chrześcijańskie.

Od którego Pani nie ucieka?

Oczywiście, że nie uciekam. Wierzę w świat uniwersalnych wartości.

W filmie, jedna z bohaterek mówi, że trzeba zapomnieć o przeszłości. Ale chyba nie można uciec przed czymś, co nas w pewien sposób konstytuuje?

To prawda. Anna reprezentuje taką postawę, by sprawy niewygodne, wstydliwe tajemnice lepiej zamieść pod dywan, niż o nich rozmawiać, a najlepiej wyprzeć je ze swojej świadomości i nie wracać do nich.

Myślę, że taką z postawą często się spotykamy.

Oczywiście. Ale to nie jest zdrowa postawa. Ona nie wybiega w przyszłość, tylko w imię status quo, tzw. „spokoju” zapomnijmy o tym co było złe i godzimy się na to, że żyjemy w rzeczywistości - jak to mówił Żeromski – w której nasze rany „zabliźniły się błoną podłości”.

W której rodzona matka jakby wyrzeka się własnego dziecka.

Tak, matka nie jest w stanie zaakceptować inności i to jest jej problem, którego nie potrafi sobie zracjonalizować. A może nie chce.

Dość odważnie pokazuje Pani matkę, którą w tej roli jest Agnieszka Warchulska.

To nie było łatwe do zagrania dla Agnieszki Warchulskiej, która prywatnie jest bardzo ciepłą osobą i bardzo mądrą matką dla swoich synów. Starałyśmy się tak poprowadzić tę postać, żeby zrozumieć logikę Anny opartą na fałszywych przesłankach. Nasza bohaterka działa w imię swoiście pojętego dobra swej rodziny. Na pozór spełnia wszystkie opiekuńcze funkcje: zajmuje się domem, dziećmi, jest dobrą gospodynią domową, dba o męża, niby wszystko wygląda świetnie. To nie jest, na pierwszy rzut oka, jakaś patologiczna rodzina. Raczej przeciętna rodzina jakich wiele, która żyje „bogobojnie” i dba o swoje dobro, niefortunnie fałszywie pojęte. Element fałszu, który wkradł się do tej rodziny doprowadza do rozsadzenia wszelkich wartości. Ten film jest pewnego rodzaju demistyfikacją pojęć związanych ze szczęściem rodzinnym, bezpieczeństwem w obrębie rodziny i kościoła.
 


Agnieszka Warchulska | mat. prasowe Holly Pictures

Podobno w imię wyższych celów warto zburzyć dotychczasowy porządek. W filmie są momenty kiedy zło odchodzi na chwilę na dalszy plan, a pierwsze skrzypce gra dobro.

Tak. Jest taka postać, która w tym fałszywym świecie zachowuje niewinność. Kieruje się normalnymi, czystymi ludzkimi emocjami. To najmłodszy brat naszej bohaterki, 6-cio letni Karolek, który równoważy cały ciężar zła w obrębie tego świata. Poza nim jest w filmie również kilka innych elementów światła. Jesteśmy świadkami pewnego odrodzenia, przemiany bohaterów. Ich oczyszczenia.

A wszystko na tle symboliki religijnej. Można powiedzieć, że opowieść idealnie wpisuje się w okres przedświąteczny. Jest pewna nadzieja.

To prawda. Staraliśmy się aby symbole pojawiały się mimochodem. Niestety teraz gdy patrzę na film to może scenograficznie bardziej bym go odchudziła, jeśli chodzi o ikonografię religijną. Odnoszę wrażenie, że za dużo jest krzyży na ścianach i świętych obrazów. Podkreślam, że jest to przypowieść, stąd się wzięła ta estetyka.

I w tej przypowieści prawdę moralną głosi ksiądz, który gdzieś zboczył ze swojej cnotliwej drogi.

To prawda. Całą rzeczywistością zarządza ksiądz i kościół, dysponujący silną instytucją w postaci spowiedzi. Mamy tu do czynienia z sytuacją, kiedy ksiądz wykorzystuje swoją przewagę. On jest też postacią, która budzi pewnego rodzaju współczucie. Zafałszował swoje życie, nie poniósł swojej prawdy, jest osoba skażoną i niespełnioną. Stąd ucieczka w alkohol.

Polaków portret własny nie wygląda najlepiej.

Najważniejsze jest to, aby uświadomić sobie, że zawsze można dokonać pewnych zmian w swoim życiu. I to, że błądzimy jest też pewnym doświadczeniem, z którego należy wyciągnąć wnioski i iść dalej, do przodu.

Ale wymaga to siły i walki, której często nie podejmujemy, bo wybieramy drogę na skróty. Lubi Pani przyglądać się ludziom?

Tak, oczywiście. To co mnie interesuje to relacje, ludzie, rodzina. Nie robię filmów o zwierzętach, chociaż może jest to wdzięczniejszy obiekt. W figurze rodziny odbija się mechanizm świata. To nie jest moje odkrycie, ale opowieść o rodzinie to taki archetyp naszych relacji w świecie, w którym żyjemy. Każdy człowiek ma w sobie coś wyjątkowego, tylko trzeba umieć to dostrzec. Brakuje nam uważności w stosunku do innych, ba!, nawet w stosunku do samych siebie.

Co zadecydowało o wyborze Sandry Drzymalskiej do roli Urszuli?

Przyznam, że od razu się w niej zakochałam, kiedy pojawiła się na pierwszym castingu. Spełniała wszystkie moje oczekiwania. Miała w sobie zarówno rys kobiety jak i dziecka, ale przede wszystkim miała w sobie coś takiego, co jest dowodem dużego talentu, mianowicie intensywność bycia przed kamerą. I to było w zasadzie kluczowe. Szukałam, kogoś kto przykuje uwagę. Nasza bohaterka odzywa się w filmie dopiero ok. 30. minuty, a przedtem prawie cały czas jest obecna na ekranie. To duża sztuka, by przykuć uwagę widza na tyle, aby śledził co się dzieje z naszą bohaterką bez podpórki, jaką jest dialog.

Ale przyznam, że nie zaproponowałam od razu roli Sandrze. Odbyłam całą turę castingową. Dziewczyny, które brały w niej udział, miały przechlapane, bo podświadomie porównywałam je do Sandry, no i na koniec zdecydowałam się wrócić do niej. Myślę, że jest to bardzo ciekawy debiut aktorski.


mat. prasowe Holly Pictures

Nie zawiodła Pani intuicja.

Przyznam nieskromnie, że mam nosa do aktorów. Bardzo ich szanuję i uwielbiam z nimi pracować. Potrafią bardzo wiele wnieść do naszych historii. Obserwuję aktorów z dużą uwagą i mam kilku upatrzonych, z którymi chciałabym pracować. Nie tracę ich z oczu, a po latach udaje mi się tego dopiąć, tak było w przypadku Agnieszki Warchulskiej. Wydawało mi się, że jest bardzo ciekawą aktorką, która nie trafiła jeszcze na ciekawe zadanie aktorskie, jeśli chodzi o film, stąd pomysł na nią. Mam nadzieję, że w „Powrocie” zaskoczyła widzów dojrzałością i odwagą artystyczną. Miałam ją przed oczami, kiedy pisałyśmy scenariusz.

To raczej nietypowy zabieg, aby scenariusz pisać pod konkretną osobę?

Tak, ale to ma sens, bo wtedy automatycznie korzysta się z potencjału jaki aktor ma w sobie. Wydaje mi się, że to jakoś uruchamia również wyobraźnię reżysera i jest w stanie pokazać postać w sposób bardziej pogłębiony.

Teraz zresztą piszemy scenariusz, który jest oparty na historii Ewy Błaszczyk, wiec mam przed oczami tę bohaterkę, co bardzo ułatwia mi wyobrażenie sobie całej historii. To jest bardzo trudne zadanie, napisać scenariusz o żyjącym człowieku, ale mam nadzieję, że to będzie film niosący więcej nadziei niż „Powrót”.

Filmy powinny robić kobiety? Kiedyś tak Pani powiedziała.

Chyba nawet powiedziałam przekornie, że to jest zawód wymarzony dla kobiet? To był żart – oczywiście.

Podobno na dnie każdego żartu jest jakaś prawda?

Wydaje mi się, że kobiety mają dużo cech, które je predestynują do tego zawodu, na przykład: cierpliwość, upór, umiejętność porozumiewania się z ludźmi, stwarzanie sytuacji bezpieczeństwa i komfortu polegającego na tym, że szanuje się wkład współtwórców we wspólne dzieło. Mają chyba mniej skłonności do narcyzmu, uważniej słuchają ludzi wokół. Jeżeli obserwujemy trendy w kinie, również tym światowym, a na pewno naszym polskim, to kobiety reżyserki i operatorki zdobywają coraz silniejszą pozycję. I to jest bardzo optymistyczne.

W filmie „Powrót” rozbrzmiewa piękna muzyka, autorstwa Antoniego Komasy-Łazarkiewcza, Pani syna. Czy wasza prywatna relacja matka – syn miała jakieś znaczenie podczas pracy?

Ta relacja matka-syn znika kiedy razem pracujemy. Oczywiście on mówi do mnie mamo, czasem po imieniu, ale to nie ma znaczenia. Po prostu doskonale się rozumiemy. Mamy bardzo podobne odczucia na temat roli muzyki w filmie. To, że pracujemy ze sobą od dawna sprawia, że mamy takie intuicyjne i organiczne porozumienie. Antek bardzo dobrze rozumie sens dzieła i sposób funkcjonowania muzyki w filmie dostosowuje do tego sensu, a nie do swoich autonomicznych pomysłów. Jego muzyka bardzo podbija obraz, nadaje mu kolejny wymiar. Taka też jest przecież rola dobrej muzyki, aby nie zasłaniała obrazu, ale dodawała pewną nadwartość. To nie jest też tak, że jesteśmy skazani na siebie, bo on jest moim synem. Na szczęście ma dużo różnych innych propozycji współpracy, bo jest świetnym kompozytorem, ale prawda jest taka, że lubimy ze sobą pracować, to jest taka autentyczna frajda dla nas obojga, okazja do spotkania.

Kto był pierwszym krytykiem Pani filmu „Powrót”?

Zawsze pokazuję pierwszy finalny projekt swoim najbliższym, którzy są przecież filmowcami. Tym razem grono odbiorców było nieco większe: syn Antek, jego żona Maria Komasa, moja córka Gabrysia, siostra Agnieszka, jej córka Kasia Adamik, Olga Chajdas, dodatkowo Paweł Pawlikowski, Łukasz Ronduda, Łukasz Gutt, Agnieszka Glińska, Magnus von Horn, no i moi najbliżsi współpracownicy: asystentka reżysera Kasia Kasica, scenarzystka Kasia Terechowicz czy operator Wojtek Todorow.


mat. prasowe Holly Pictures

Zapewne zdania były podzielone?

Byłam ciekawa ich opinii, chociaż przyznam, że czasami kłóciły się ze sobą.

I co wtedy Pani zrobiła?

Jest taki moment kiedy można przyjąć do siebie te opinie, ale czasem trzeba brutalnie odciąć się od tych sugestii, żeby zachować swoją tożsamość i identyczność z dziełem. Nie lubię pokazywać niegotowego filmu, ale tutaj miałam kilka istotnych wątpliwości, dlatego pierwszy raz zdecydowałam się na tak szerokie konsultacje. I z wielką chęcią wsłuchiwałam się w ich głosy.

Nad czym teraz Pani pracuje?

Nad kilkoma projektami. Zwykle jest tak, że trzeba kilka wątków zaplatać równocześnie, bo doświadczenie nauczyło mnie, że z kilku projektów w najlepszym przypadku jeden dochodzi do skutku. Pracuję, również z Kasią Terechowicz, nad wspomnianym już scenariuszem o Ewie Błaszczyk, poza tym robimy ostatnie korekty do scenariusza filmu dla dzieci „Kajtuś czarodziej” na podstawie książki Janusza Korczaka. To będzie filozoficzna opowieść o dojrzewaniu chłopca, który pod wpływem różnych dramatycznych przeżyć postanawia zostać czarodziejem, aby naprawić świat, w którym żyje. To piękna opowieść o miłości i o przyjaźni dla dzieci od lat 5 do 105.

Czyli bajka nie tylko dla Pani wnuków?

To jest projekt, który ciągnie się za mną już od wielu lat. Kiedyś chciałam zrobić ten film dla moich dzieci (nawet mój syn nosi imię Antek na cześć bohatera tej książki), a teraz jeszcze doszły wnuki. Czyli, powiększyła się widownia!

Nadal lubi Pani oglądać filmy kostiumowe?

Tak, uwielbiam, zwłaszcza produkcje reprezntujące brytyjską szkołę filmów kostiumowych.

A skąd się wzięła ta fascynacja? Czyżby Pani doświadczenie teatralne, też miało w tym swój udział?

Angielskie filmy kostiumowe to jest dla mnie najwyższy poziom zawodowy pod każdym względem. Zachwyca mnie piękne, fantastyczne rzemiosło tych filmów. Wszystko co jest ich fakturą, czyli scenografia, kostium i charakteryzacja na najwyższym poziomie. Zachwyca mnie taka możliwość stwarzania nieistniejącego świata.

Ale Pani film „Powrót” był raczej oszczędny od strony scenograficznej. No i nie był to film kostiumowy.

To prawda „Powrót” powstał ze sprzeciwu wobec nadmiaru bodźców, znaków, które nas atakują z każdej strony. Koncept filmu opierał się na założeniu, aby rzeczywistość oczyścić z tego nalotu, nadmiaru obrazów, sytuacji, słów, dialogów, osób. Żeby stworzyć pewien model świata, o którym opowiadamy. I w przypadku filmów kostiumowych też jest podobnie. Wybiera się tylko te elementy, które nam pasują do naszej opowieści, dzięki czemu jest mniejsze prawdopodobieństwo, że wkradnie się tam coś przypadkowego.

A czego Pani poszukuje w kinie?

Emocji.

Robert Bresson tak kiedyś powiedział o funkcji reżysera: „staraj się pokazać coś, czego bez ciebie nikt by nie zobaczył”.

Staram się.

Czyli lubi Pani odkrywać nieznane rejony?

Porównuję robienie filmu do wyprawy wysokogórskiej. Jest to oczywiście wysiłek fizyczny o innym natężeniu, ale wydaje mi się, że to jest dość trafna metafora. Związuję się ze swoją ekipą jedną liną. Każdy musi dokładnie wiedzieć w jakiej sprawie udajemy się na tę wyprawę i działania każdej z tych osób są podporządkowane mojej wizji, wspólnemu celowi. Każdy z uczestników ma swój osobisty wkład i wysiłek w wykonanie zdania. Jest ktoś kto temu przewodzi, przeważnie jest to reżyser w połączeniu z producentem i operatorem, ale każdy z uczestników tej wyprawy jest nie do zastąpienia. I jeśli powinie się noga jednemu z nas, to ma to wpływ na całą grupę. Obowiązuje lojalność i zasada współpracy. Czyli to są cechy, które w przypadku wyprawy wysokogórskiej też działają. A poza tym chodzi też o to, żeby osiągnąć ten szczyt. Ale nie zapominajmy, że jest też tak, jak mówił Andrzej Wajda - ten co jest na przodzie zbiera laury, jeśli film się uda, ale też dostaje po głowie, jeśli się nie uda.


Magdalena Łazarkiewicz na premierze filmu "Powrót" | fot. Sylwia Olszewska

A czy nauczyła się Pani wolności? Przywołam Pani słowa pochodzące z książki Barbary Hollender „Wolność nas zaskoczyła, musieliśmy się jej nauczyć, przestawić na inny sposób myślenia”.

Mówiłam to wtedy w odniesieniu do konkretnej sytuacji politycznej, ale myślę, że niewiele się zmieniło w tej kwestii. Okazuje się, że tak jak powiedział Witkacy - „historia jak idiotka powtarza się mechanicznie”. Najgorsze w tym przypadku jest to, że w pewnym sensie sami sobie ograniczamy sferę wolności. Nie przewidzieliśmy, że tak może się też zdarzyć. Ta nadzieja, która się w nas zrodziła wraz z transformacją ustrojową sprawiła w naszych życiorysach wiele kłopotów. To nie było łatwe, aby przestawić się na zupełnie inne realia ekonomiczne i na inne mechanizmy społeczne, jednak łączyła nas nadzieja, że odzyskaliśmy wolność na zawsze, że rozwój będzie się toczył w jednym kierunku, że już nigdy nie wpadniemy w pułapki obskurantyzmu, nietolerancji czy niechęci wobec obcego, wszelkich nacjonalizmów itd. Wydawało nam się, że idziemy ku rozszerzeniu naszych praw, ku większej sprawiedliwości społecznej, otwarciu się na świat. Intuicyjnie mieliśmy takie przekonanie, tymczasem okazało się, że wolność nie jest nam dana raz na zawsze i że trzeba jej pilnować, dbać o nią i starannie pielęgnować. Tej mądrości nam, jako społeczeństwu, zabrakło. Nie zauważyliśmy, że obok nas żyją ludzie, którzy nie marzą o wolności, tylko o tym, żeby starczyło im na życie.

Osobiście uważam, że wolność jest tak potrzebna w każdej dziedzinie twórczości jak tlen do oddychania. I jeśli sobie pozwolimy ją odebrać, to kino autorskie, artystyczne po prostu umrze, bo ono karmi się wolnością. A skądinąd wiemy, że tylko to kino, ta część produkcji polskiej kinematografii jest w stanie zaciekawić świat i rozsławić naszą kulturę. Nie łudźmy się, że zrobimy jakieś blockbuster’y, wypasione filmy, które będą konkurować z hollywoodzkimi produkcjami. To nie leży w sferze naszych możliwości finansowo-produkcyjnych. Więc tylko kino artystyczne, prawdziwie przeżyte i opowiadające o naszych lokalnych doświadczeniach, ale w taki sposób, aby je wynieść na poziom uniwersalny, tylko takie kino jest w stanie przemówić do świata.

* Magdalena Łazarkiewcz. Reżyserka filmowa i teatralna, scenarzystka. Początkowo realizowała filmy dokumentalne „Nostalgia”, „Służba”, „Cud”. Swój fabularny debiut „Przez dotyk” nakręciła w 1985 roku pod opieką Krzysztofa Kieślowskiego. Jej kolejne filmy podejmowały tematykę relacji ludzkich. Za film „Odjazd” nakręcony wspólnie z mężem w 1999 roku otrzymała Nagrodę specjalną jury na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów