Marek Nosal: To nie jest taki łatwy festiwal [o Śląskiej Jesieni Gitarowej]

fot. arch. artysty

Łowcy nagród, koncert dream-teamu z Avi Avitalem na czele, Vivaldi na instrumentach historycznych, rekordowy finał z sześcioma młodymi artystami w towarzystwie tyskiej AUKSO – XVII Śląska Jesień Gitarowa zapowiada się znakomicie. Na kilka dni przed rozpoczęciem udało mi się porozmawiać z jej dyrektorem artystycznym, Markiem Nosalem, dziś doktorem habilitowanym i świetnym gitarzystą klasycznym, a kiedyś… Zresztą – przeczytajcie.

Kinga A. Wojciechowska: Gitara jest najbardziej uniwersalnym instrumentem świata. Nie fortepian, nie skrzypce. Drugim równie uniwersalnym mogłyby być jeszcze organy, tylko że są mało mobilne… A na gitarze można grać solo, w zespole, unplugged, z nagłośnieniem. Można grać i śpiewać jednocześnie. Jest przenośnia, lekka, trwała. Można ją kupić w przyzwoitej cenie… Co na to fachowiec?

Marek Nosal, dyrektor artystyczny Festiwalu Śląska Jesień Gitarowa: Trudno się nie zgodzić. W tym kryje się sukces gitary jako instrumentu, który się dobrze adaptuje i staje popularny w każdym gatunku muzycznym. Tak było też w XIX w. Złoty wiek gitary wziął się właśnie stąd, że każdy chciał na czymś grać - aby posłuchać muzyki, trzeba było ją sobie zaśpiewać albo zagrać. A gitara była dużo tańsza od fortepianu i, tak jak mówisz, poręczna, przenośna. To wtedy, w XIX w. powstała cała gama środków wykonawczych, wykorzystywanych do dziś. Ówcześni wirtuozi, głównie włoscy i hiszpańscy, ukazali światu gitarę jako instrument wszechstronny – solowy, kameralny, a także koncertujący z orkiestrą. Uniwersalność gitary, o której powiedziałaś na wstępie, sprawia, że gitara jest najlepszym kluczem do świata muzyki poważnej. Bo nie jest dla żadnego słuchacza ciałem obcym, jest obecna w popie, jazzie, wszędzie.

O, to mi się ładnie splata z kolejnym pytaniem, które sobie przygotowałam. Kiedyś dostałam od Ciebie dwie płyty. Jedna z tangami – byłeś pewien, że bardziej przypadnie mi do gustu. Mnie tymczasem zachwyciła ta druga, kompletnie wydawałoby się niszowa, w której samotnie zmagasz się z dziełami współczesnych kompozytorów. Wiesz dlaczego?

Bo masz dobry gust! (śmiech). Płyta z tangami nadaje się do słuchania w każdych warunkach – w domu, w samochodzie. A ta druga płyta wymaga skupienia, poświęcenia  czasu i uwagi. 

No właśnie. W tej drugiej płycie było coś jeszcze. Pokazałeś, że gitara to niesamowicie finezyjny instrument i w rękach odpowiedzialnego i zdolnego gitarzysty rozkwita. Jej, ale poezja…

I proza też. To jest trudny repertuar – całą książkę o tym napisałem. Dlaczego mówię o książce? Najpierw nagrałem materiał na płytę i to jest naturalne działanie muzyka. Pisanie nie jest naszą codzienną pracą. Trzeba bardzo precyzyjnie i w sposób usystematyzowany sformułować wszystkie myśli, intuicje, emocje związane z muzyką. A do tego musi to być atrakcyjna, wciągająca lektura dla czytelnika.

Ale udało Ci się?

Mam nadzieję, że tak. Przy okazji jeszcze mocniej zdałem sobie sprawę, jak wiele ta współczesna muzyka wymaga, a z drugiej strony jakie bogactwo emocjonalno-intelektualne daje wykonawcy.  Każdy utwór stawia instrumentalistę w nowej sytuacji. Każdy twórca ma swój język. Często kompozytor napisał tylko jeden utwór na gitarę i to daje bardzo oryginalne spojrzenie na ten instrument. To moje zmaganie głównie polegało na dociekaniu intencji, wizji gitary, jaką miał twórca. Na szukaniu odpowiedzi, skąd wzięły się pewne pomysły bardzo nietypowe dla gitary. To wymagało często poznania wielu utworów np. orkiestrowych danego kompozytora. Ta muzyka wymaga ogromnego wkładu pracy, pewnie dlatego mało osób chce się nią zajmować. Ale wiesz, myślę, że to, co cię ujęło na tej płycie to kolory, subtelności brzmienia, czyli to co stanowi o sile gitary – nie wolumen dźwięku, ale jego różnorodność. Płyta jest dobrze nagrana, słuchacz ma poczucie bliskiego, bardzo indywidualnego kontaktu z wykonawcą, świetnie się jej słucha samemu, w domu, w skupieniu. Myślę, że subtelności zawarte w tych kompozycjach na dużej sali nie brzmiałyby tak samo. Choćby Sonata Krzanowskiego, gdzie tempa – wcześniej na koncertach na ogół szybsze – dostosowałem do pewnego „studyjnego” pomysłu na ten utwór. Chciałem uzyskać długie, niezakłócone niczym wybrzmienia interwałów i akordów –  świetnie to brzmi w słuchawkach. To taka muzyka na samotne, długie wieczory.

I tak właśnie jej słuchałam. Zresztą to, co mnie wtedy przekonało do tej płyty, to moje własne zdumienie, że muzyka współczesna, którą na co dzień obchodzę łukiem, dosłownie przykuła mnie do odtwarzacza.

Ja ostatnio też odczuwam przesyt muzyką współczesną, ale to wynika pewnie z tego wysiłku, o którym mówiliśmy. Zresztą każdy potrzebuje odmiany, różnorodności. 

Niebawem znów wydasz płytę.

Tak. I ona będzie niewątpliwie łatwiejsza w odbiorze, bo są na niej utwory XIX- i XX-wiecznych polskich kompozytorów inspirowane polską tradycją. Ale jakie! Jan Nepomucen Bobrowicz, klasyk gitary. Jego Wielki Polonez op. 24 to 10 minut muzyki, prawdziwy romantyczny polonez dużego formatu. Do tego utwór bardzo trudny technicznie. Nikt go nie chce grać (śmiech).

Nagrałeś go pierwszy?

Niestety nie, ubiegł mnie pewien brazylijski gitarzysta. Ale w Polsce jestem pierwszy. To w ogóle smutne, a nawet irytujące, że jest tyle pięknych i ciekawych utworów, ale – pomimo tak nasyconego rynku fonograficznego – jeśli chcesz ich posłuchać, to musisz się ich nauczyć i sobie zagrać…

Jak ktoś potrafi…

…Cała płyta ma nazwę "In modo polonico" – od znanego utworu Suite in modo polonico Aleksandra Tansmana. Jest też Sześć Mazurków Stanisława Mrońskiego. To nieżyjący już łódzki profesor, teoretyk, zdobywca wielu nagród na konkursach kompozytorskich właśnie za utwory gitarowe. Jego Sześć Mazurków to 20 minut muzyki barwnej, rytmicznej, pisanej z polskim temperamentem, ale też z nutką melancholii. Teraz słucham pierwszej wersji nagrania, i uważam, że to naprawdę rewelacja. To inna gitara.

Co to znaczy?

Kiedy XIX-wieczni romantycy inspirowali się muzyką ludową, na polskiej wsi ten instrument w nie funkcjonował. Mimo to został wciągnięty do tego nurtu muzyki artystycznej, którego twórczą kontynuacją na polu muzyki gitarowej są utwory Tansmana (jego pierwszy utwór gitarowy to Mazurek!), a później właśnie Mrońskiego.

No masz, bardzo ciekawie się zapowiada, a ja tu chciałam o Tobie, o Śląskiej Jesieni Gitarowej…

Pytaj! (śmiech)


Marek Nosal tuż po nagraniu płyty "In modo polonico" | fot. arch. artysty

To najpierw o Marka zapytam. Jak się właściwie zaczęła Twoja muzyczna przygoda? Tradycyjnie – chciałeś mieć kapelę rockową, podrywać dziewczyny na „chłopaka z gitarą”?

Bardzo typowo, dokładnie tak jak mówisz. Miałem około 10 lat i bardzo chciałem mieć gitarę. I dostałem ją pod choinkę. Potem rodzice zapisali mnie do ogniska muzycznego, bo to było w połowie roku, a nie chciałem tracić czasu. No a potem już poszedłem do szkoły muzycznej. Tak naprawdę o gitarze klasycznej nabrałem pojęcia dopiero w liceum, kiedy zacząłem jej słuchać w dobrych wykonaniach. To były inne czasy, początek lat 80., boom polskiej muzyki rockowej – to była moja pierwsza fascynacja.

No to dlaczego grasz repertuar trudny? Takiś ambitny? Czy po prostu w pewnym momencie zakochałeś się w repertuarze klasycznym?

To zakochiwanie było długim procesem. W liceum wszedłem w katowickie środowisko muzyczne, w tym oczywiście gitarowe. Był to czas pierwszej Śląskiej Jesieni Gitarowej,  człowiek w tym wieku intensywnie chłonie z otoczenia, poszerza horyzonty. Rock, blues, jazz… A jednocześnie będąc w szkole muzycznej  poznawałem muzykę symfoniczną Beethovena, Mozarta, Wagnera. Wiesz, starsi koledzy zabierają cię na koncerty, słuchasz muzyki dawnej, słuchasz nowej, często eksperymentalnej. Słuchasz swojej pani profesor, zaczynasz jeździć na konkursy, tam cię chwalą i stopniowo wchodzisz na te „klasyczne” tory. Świadomość przychodzi później, człowiek odkrywa, ze zajmuje się czymś, co go olśniewa każdego dnia i życia nie wystarczy by wszystko poznać i się nasycić. Bogactwo, kunsztowność wielkiej muzyki ciągle mnie zdumiewa.

I nie zostałeś „chłopakiem z gitarą”.

Ale ja miałem to wszystko! Pisałem i śpiewałem piosenki. I myślę, że jak człowiek wychodzi z muzyki popularnej, którą sam tworzy, to potem procentuje to w „poważnym” nurcie bardziej kreatywnym podejściem do grania. Dziś jest zupełnie inaczej. Dziecko wcześnie idzie do szkoły muzycznej i jest wtłoczone od razu w poważną, często dość jednorodną, literaturę muzyczną. Odbiera mu się smakowanie różnych rzeczy. Boję się, że to ogranicza jego kreatywność.

No przecież rodzice chcą dla dzieci jak najlepiej, więc wybierają ambitnie. Co w tym złego?

Nic. Mówię jedynie o tym, że w szkołach muzycznych najlepiej sprawdzają się dzieci posłuszne, pracowite, które robią to, czego się od nich wymaga. Takie dziecko rzadko ma ochotę i czas na samodzielne smakowanie muzyki, jej odkrywanie i także tworzenie. I wtedy siłą rzeczy jego wyobraźnia pozostaje ograniczona do takiego wąskiego kręgu repertuaru granego w ramach nauki w szkole.

A to akurat znam, sama doświadczyłam chodząc do szkoły muzycznej. Zastanawiało mnie, dlaczego nie mogę grać piosenek Michaela Jacksona, dlaczego nigdzie nie ma opracowań na fortepian jego utworów.

No widzisz. A siłą naszego pokolenia jest to, że my najpierw sami poznawaliśmy muzyczny świat, a dopiero potem instrument trafiał w nasze ręce. Ale warsztat pewnie mielibyśmy lepszy, gdybyśmy zaczynali w wieku siedmiu lat pod okiem dobrego fachowca… Ja nie miałem nauczyciela gitarzysty aż do liceum, takie czasy.

Trzy akordy… Gitara to taki prosty instrument przecież. Spauperyzowany.

Ta opinia to czyste lenistwo umysłowe. Ale w historii ten stereotyp gitary zawsze istniał. Są źródła jeszcze z epoki baroku, mówiące o tym, jakie zdumienie budziło, że na gitarze ktoś może grać szlachetnie, z zadziwiającą wirtuozerią, wykonywać polifonię. I tak się to powtarza, aż do naszych czasów. Kiedy w latach 20. XX w. Segovia grał w Paryżu, to Tansman, który był na jego koncercie, napisał: „Spodziewałem się, że hiszpański gitarzysta zagra trochę utworów flamenco, zamiast tego usłyszałem Chaconne J.S. Bacha oraz transkrypcje Albeniza, Granadosa. Interpretacja mistrza oczarowała mnie”.

Zaaklimatyzowałeś się już na Śląskiej Jesieni?

Jako dyrektor? Na festiwalu jestem zaaklimatyzowany od 16 roku życia, dlatego nie zastanawiałem się nad tym. Od poprzedniego festiwalu pracuję nad następnym. Myślałem, że ten pierwszy był trudny, bo był… pierwszy, było mało czasu, nowa ekipa w MCK (Miejskie Centrum Kultury w Tychach – organizator festiwalu – przyp. KAW). No i myślałem, że następny będzie wypracowany w spokoju i porządku, ale to się chyba w życiu nie zdarza (śmiech). Ekipa organizująca festiwal znowu się zmieniła. Co więcej, pojawiło się kilka nowych elementów w programie festiwalu.

Co na przykład?

Czyli na przykład koncert w NOSPR, nasz uroczysty prolog. Zmieniliśmy też formułę konkursu, bo I etap to eliminacje na podstawie nagrań. Mamy dzięki temu wyłonionych 24 półfinalistów, którzy będą konkurować o wejście do finału z orkiestrą. W tym roku nowością będzie też liczba aż sześciu finalistów. AUKSO będzie mnie chyba  przeklinać na próbach (śmiech)!
Poważnie mówiąc, każda nowa rzecz to sto szczegółowych kwestii do rozwiązania. Poza tym dużo zdrowia dyrektora kosztują jego własne pomysły.

A co wymyśliłeś w tym roku?

Po pierwsze – mamy prawykonania utworów na gitarę/dwie gitary i orkiestrę smyczkową Marka Pasiecznego i Clarice Assad.

Doprawdy? Zamówiłeś i już.

No nie. Zaczyna się od kontaktów z wieloma ludźmi. Z tego dopiero wyłaniają się pomysły, które realizujemy. Dokładnie – te dwa.

Angażowałeś się w pisanie utworów??

Miałem taki dość ryzykowny pomysł, żeby muzyka polska – ludowa albo artystyczna – jako dominanta tegorocznej edycji była inspiracją dla kompozytorów średniego pokolenia, nie tylko polskich, którzy nie boją się interakcji z muzyką historyczną lub właśnie ludową.
No i teraz pytanie: co Clarice może napisać?? Ona znała tylko Chopina. Podpowiedziałem jej: może folk? Może Tansman? Posyłałem jej różne nagrania. Inspirowałem. Zafascynowała ją muzyka Podhala. No, ale w tym stylu zawsze jest potencjał (śmiech)! Domeną Clarice jest brazilian jazz, choć dla artystów „poważnych” pisze również bardzo wyrafinowane „poważne” utwory. Ciekawie to połączyła. Musisz posłuchać…

A Marek Pasieczny?

Z Markiem Pasiecznym dużo rozmawialiśmy i dla mnie obserwowanie, jak toczy się proces twórczy, było fascynujące. Myślę, że jego nowy Koncert na gitarę i smyczki słuchaczy zachwyci, tak jak mnie. I na pewno wszystkich zaskoczy. Pięknie się to splecie z muzyką Góreckiego, Panufnika i Kilara, którą wykona orkiestra Aukso. Zobaczysz.

 


Marek Pasieczny i strona tytułowa koncertu gitarowego napisanego dla Śląskiej Jesieni Gitarowej 2018 | fot. FB Marka Pasiecznego

Jeszcze jakieś zaskoczenia?

Koncerty Vivaldiego w wykonaniu Rolfa Lislevanda z Orkiestrą historyczną {oh!}. Tego jeszcze nie było. I to było moje marzenie. Orkiestra z solistą będą mieć tylko dwa dni na próby. I to będzie jednorazowy, spontaniczny koncert mistrzów.
Albo koncert Brasil Guitar Duo. To w naszym środowisku tacy następcy braci Assad. Pierwsza część będzie klasyczna, w drugiej dołączy Clarice Assad z fortepianem i zmieni się klimat na jazzowo-latynoski.
Jak widzisz – wymyślam wydarzenia specjalne, jednorazowe. I potem mam kłopot (śmiech).

I po co Ci to?

Bo to nie jest taki łatwy festiwal – zaprosimy artystów z gotowym repertuarem, który wszędzie grają i już. W czwartek mamy koncert, w którym spotka się dwóch młodych solistów, „łowcy nagród” na wielu konkursach. Zagrają solo, ale i utwory Castelnuovo-Tedesco i Boccheriniego z  renomowanym warszawskim kwartetem smyczkowym Camerata. To z jednej strony duża wartość artystyczna, a z drugiej – wielka gratka dla publiczności.
Albo piątkowy koncert jazzowy. Pierwszy raz w Tychach taki zestaw trzech wirtuozów gitary akustycznej. Największa obecnie gwiazda gitary jazzowej Bireli Lagrene, wspólnie z Francesco Buzzurro i Adamem Palmą - to będzie Friday Night in Tychy!
A na koniec w sobotę Avi Avital z Chen Reiss, Łukaszem Kuropaczewskim i Dávidem Adorjánem we wspólnym projekcie Ponte Vecchio: aranżacje utworów najwybitniejszych kompozytorów muzyki poważnej inspirowane muzyką ludową różnych krajów. I taki koncert bardzo rzadko się wydarza, bo trudno umówić tych wszystkich artystów razem. Na szczęście jakoś się udało.

Teraz Śląska Jesień Gitarowa jest już Twoja?

Od zawsze jestem związany z tym festiwalem. Teraz w pełni czuję i biorę odpowiedzialność za jej kształt.

Pytam o to, bo mówiłeś mi dwa lata temu, że pomysł na festiwal pojawi się z czasem. Miałeś też nie odciskać piętna, ale chyba nie da się? To siłą rzeczy jest teraz festiwal Marka Nosala?

Nie, to jakoś głupio brzmi. Ale co mam powiedzieć. Taka jest rola dyrektora. I wszyscy tego ode mnie oczekują, że każda edycja będzie moja i będzie niezwykła, bogata, atrakcyjna. Poprzednia nadała kierunek: gitara we wszystkich barwach i na najwyższym poziomie, i ta koncepcja się rozwija.

A dlaczego tak?

Od początku mam w głowie jedną myśl, która dotyczy w ogóle gitary jako instrumentu artystycznego: albo jej rola i zasięg będzie wzrastać, albo - zginie. I to samo dotyczy Festiwalu.

Więc niech wzrasta, Marku, tak jak zadeklarowałeś dwa lata temu.

Postaram się. Ale jeszcze jedną rzecz chcę powiedzieć. Z wielką atencją podchodzę do 32-letniej tradycji festiwalu. I jest moją wielką satysfakcją, że zmiany, które wprowadzam, zyskują akceptację ludzi, którzy tworzyli ten festiwal wcześniej i którzy go odwiedzali. Mam na myśli zarówno prof. Alinę Gruszkę, która stworzyła i ukształtowała Śląską Jesień Gitarową, jak i słuchaczy – muzyków i melomanów. Mówią: to co robisz, jest ok. I to mnie przede wszystkim cieszy.

Rozmawiała Kinga Wojciechowska

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów