Penderecki (prawie) w komplecie

Kompozytorzy rzadko kiedy nagrywają komplety swoich utworów. Każda edycja tego typu to wydarzenie, o którym długo się pamięta. Czy tak samo będzie z najnowszym, pięciopłytowym wydaniem symfonii Krzysztofa Pendereckiego dla firmy DUX?

Informacja o wszystkich symfoniach tego kompozytora jest myląca. Mamy tu symfonie od 1 do 5, a potem 7 i 8. Przeoczenie? Niekoniecznie, Penderecki po prostu swojej VI Symfonii... jeszcze nie napisał.

I Symfonia to zetknięcie się z muzyką Pendereckiego z jego awangardowego okresu, trudniejszego w odbiorze. Sporo w niej ostrych brzmień, ale nie powinno to zrażać potencjalnego słuchacza. To muzyka pełna silnych emocji, a wszystkie zabiegi techniczne – klastery, glissanda czy mikrotony – mają swój sens.Ta symfonia to także spore wyzwanie dla orkiestry – same smyczki podzielone są aż na 46 głosów, a w sumie partii instrumentalnych jest tam aż 71. Już sam początek utworu – rytmiczne trzaśnięcia z bata, do których dołączają się odgłosy japońskiej grzechotki – przykuwa uwagę słuchacza i nie pozwala jej osłabnąć aż do końca. Duże brawa należą się Sinfonii Iuventus za tak dobrą realizację tego trudnego utworu. II Symfonia przez długi czas nosiła podtytuł „Bożonarodzeniowa”, ze względu na to, że Penderecki wykorzystał w niej motyw z kolędy „Cicha noc”. To jeden z pierwszych utworów, w których kompozytor, postrzegany dotychczas jako guru awangardy, porzucił ją na rzecz muzyki bardziej przystępnej. Inspirował się wtedy muzyką Jeana Sibeliusa, Gustawa Mahlera i Dymitra Szostakowicza, a rezultatem jest utwór mroczny, posępny i dramatyczny. Inspiracje nie wykluczyły jednak u Pendereckiego osobistego wyrazu – takiej muzyki nie mógłby napisać żaden ze wspomnianych kompozytorów. Jednoczęściowej symfonii słucha się z zapartym tchem, a wykonanie pomaga uchwycić sedno dzieła.

 

Na III Symfonię słuchacze czekali wyjątkowo długo – prawie 10 lat. Kompozytor nie porzucił komunikatywnego języka, ale wyraźnie go rozbudował. Dużą rolę odgrywa perkusja – marimba, timbalesy (bębny kubańskie) i tom-tomy, ale kompozytor przeznaczył też długie odcinki o koncertującym charakterze dla innych instrumentów. Zaskakuje część trzecia – śpiewne Adagio, pełne romantycznego ciepła i blasku. Porywa Scherzo-Vivace – ostatnia część symfonii – groteskowy taniec, w którym nie brak jednak bardzo wyrafinowanych chwytów instrumentacyjnych, jak choćby połączenie klarnetu i skrzypiec, czy trąbki i waltorni.

Również w IV i V Symfonii dużo jest odniesień do romantyzmu, jest też dramatyzm i monumetalizm, które stały znakami rozpoznawczym Pendereckiego. Uwagę przyciągają kontrasty nastroju – fragmenty wzniosłe i tajemnicze sąsiadują z upiornymi tańcami i chwilami lirycznego wyciszenia. W V Symfonii podstawę całego utworu stanowi cytat z koreańskiej pieśni patriotycznej, której cały utwór zawdzięcza nieoficjalny podtytuł. Sporo tu muzyki o wyraźnie wojskowym charakterze i ostrych motywów, nawiązujących do innych słynnych „piątych” - Beethovena, Mahlera i Szostakowicza.

VII Symfonia - „Siedem bram Jerozolimy” to zupełnie odmienny świat dźwięków. Monumentalny, potężny, wsparty brzmieniem chóru, pięciu solistów i recytatora. To jeden z moich ulubionych utworów tego kompozytora. Od tej symfonii rozpoczęła się moja fascynacja jego muzyką. Śmiało można powiedzieć, że to najlepsze dostępne nagranie tego utworu. Jest bardzo dramatyczne, emocjonalne, ale jednocześnie pełne skupienia. Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku daje z siebie wszystko, podobnie soliści – Iwona Hossa, Agnieszka Rehlis, Izabela Kłosińska, Rafał Bartmiński i Wojciech Gierlach. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Sławomir Holland, recytujący w szóstej części fragment „Księgi Ezechiela”. Akustyka nagrania powala na kolana - wykonanie nagrano w Bazylice Najświętszego Serca Jezusa w Warszawie. Pogłos nadaje całości nierealnego klimatu, a dźwięki mają mnóstwo czasu, żeby wybrzmieć.

Następne zaskoczenie czeka słuchaczy, którzy sięgną po płytę z VIII Symfonią – Pieśniami przemijania. Do tej pory mieliśmy do czynienia z utworami awangardowymi, neoromantycznymi i potężną symfonią chóralną. Tym razem jednak Penderecki zabiera nas w świat bardzo osobisty, wręcz intymny, podobny klimatem do „Pieśni o ziemi” Mahlera. Kompozytor wybrał do swojej symfonii poezje Josepha Eichendorffa, Rainera Marii Rilkego, Bertolda Brechta, Karla Krausa, Hermana Hessego, Johanna Wolfganga Goethego, Hansa Bethgego i Achima von Arnima. Wszystkie teksty związane są z tematyką przemijania i zachwytu nad światem. Utwór przeznaczony jest na wielką orkiestrę, ale zespół jest rozbity na wiele mniejszych kameralnych składów. Słuchacz nigdy nie jest przytłoczony potęgą brzmienia, kompozytor pozwala mu wyłapywać i delektować się barwami poszczególnych instrumentów. A jest się czym delektować – można tu usłyszeć zarówno bambusowe flety, jak i okaryny. Wszystko podkreśla nastrój melancholii i zadumy. W roli solistów ponownie słyszymy Iwonę Hossę, Agnieszkę Rehlis, a także Thomasa Bauera.

Jak tylko skończyłem słuchać całego cyklu... zacząłem od początku. Penderecki zna swoją muzykę na wylot, a Sinfonia Iuventus gra dla niego jak zaczarowana. Trudno byłoby znaleźć lepsze nagrania tej muzyki. Wielbiciele muzyki Pendereckiego powinni jak najszybciej udać się do najbliższego sklepu i kupić cały komplet – nakład jest mocno ograniczony!

 

Płyt wysłuchał Oskar Łapeta

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów