Szczęśliwa trzynastka

Przy tej płycie zatrzyma się niejeden meloman. Pod wieloma względami jest niezwykła i zaskakująca, a niespodziankę może stanowić zarówno dobór repertuaru, jak i wykonawców.

Album zawiera Serenadę KV 361 “Gran Partita” Wolfganga Amadeusza Mozarta i “Koncert kameralny” Albana Berga. Daty napisania obu utworów dzieli grubo ponad sto lat, stylistycznie są więc od siebie bardzo odległe. Łączy je dokładnie taka sama liczba wykonawców – oba utwory przeznaczone są na trzynaście instrumentów dętych (u Berga dodatkowo pojawia się jeszcze fortepian i skrzypce solo).

Dobór repertuaru nie dziwi jednak tak bardzo jak dobór wykonawców. Pierre Boulez, guru XX-wiecznej awangardy, dyrygujący utworem Mozarta – to zjawisko bardzo egzotyczne. Ale repertuar tego dyrygenta jest znacznie szerszy, niż o tym świadczy jego oficjalna dyskografia. Wśród jego nagrań można znaleźć symfonie Beethovena czy nawet utwory Handla. Mitsuko Uchidy i Christiana Tetzlaffa przedstawiać nie trzeba – to wykonawcy o ugruntowanej pozycji i szerokim repertuarze.

Album zaczyna się do serenady Mozarta pod dyrekcją Bouleza. Nie jest to nagranie dla każdego i nie każdemu się spodoba. Dyrygent tworzy interpretację bardzo wykoncypowaną, kompletnie pozbawioną sentymentalizmu, za to świetnie podkreślającą strukturę utworu Mozarta. Brzmienie zespołu jest raczej stopliwe, dzięki czemu brzmienia poszczególnych instrumentów nie wybijają się, ale tworzą jeden organizm. Ensemble Intercontemporain brzmi świetnie – klarownie i przejrzyście, ale to akurat nie powinno być niespodzianką.Nie da się jednak ukryć, że to Koncert kameralny Berga jest daniem głównym. Stylistyka kompozytora, zawieszonego pomiędzy stylem Gustawa Mahlera, a dodekafonią Arnolda Schoenberga, bardzo pasuje wszystkim wykonawcom. To utwór z kluczem, w którym motto utworu stanowią muzyczne anagramy – motywy, symbolizujące kompozytorów Drugiej Szkoły Wiedeńskiej – samego Berga, Schoenberga, a także Antona Weberna. Solowe partie skrzypiec i fortepianu również są dość ciekawie rozpisane. Mianowicie fortepian dominuje w pierwszej części utworu, skrzypce w drugiej, a równowaga pomiędzy solistami ustala się dopiero w ostatniej części utworu. Berg zażartował też ze swojego znajomego, skrzypka Rudolfa Kolischa, dla którego napisał ten utwór. Muzyk zawsze bał się, że jego instrument się rozstroi, więc w chwilach wolnych od gry cicho trącał struny, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku. W utworze Berga pojawia się od czasu do czasu ciche pizzicato, które nie ma wiele wspólnego z głównym tokiem narracji.

Trudno wyobrazić sobie lepsze wykonanie tego utworu. Uchida, Tetzlaff i Boulez tworzą zespół idealny, w którym wyobraźnia łączy się z intelektem. Nie jest to, oczywiście, wykonanie pełne romantycznej pasji i namiętności, ale też nie jest to muzyka, której by to pasowało. Takie chłodne, klarowne i trzeźwe podejście jest w tym wypadku jak łyk świeżej, chłodnej, wody. Polecam!

 

Oskar Łapeta

 

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów