Ciesz się muzyką jak dziecko [wrażenia z Lucerne Festival]

MARIA NOWROT: Rzadko widuje się tak wiele dzieci w KKL w Lucernie. Nic to jednak dziwnego, skoro motywem przewodnim tegorocznego Lucerne Festival jest dzieciństwo. Taki wybór głównego tematu festiwalu zaowocował mnogością wydarzeń dedykowanych najmłodszych słuchaczom, ja jednak postanowiłam się wybrać na dwa koncerty przeznaczone dla dorosłej publiczności.

Pierwszy z koncertów doskonale wpisywał się w moje osobiste pojmowanie motywu głównego, bo Koncert skrzypcowy D-dur Piotra Czajkowskiego, jest jednym z moich ulubionych utworów z czasów dzieciństwa. Co więcej – takim utworem z miłości do których nigdy się nie wyrasta. A jednak wykonanie Lisy Batiashvili pozostawiło mnie z uczuciem pewnego niedosytu. Nie, żebym miała wobec jej gry jakieś poważniejsze zarzuty – grała pięknym dźwiękiem, perfekcyjnie technicznie, jej interpretacja była oryginalna, zróżnicowana i niewątpliwie przemyślana… za bardzo przemyślana. Zbyt wypracowana, zbyt ostrożna. Szczególnie w pierwszej części zabrakło mi emocjonalnego rozpędu, który zawsze wydawał mi się nieodłączną częścią tego utworu. Aż do Canzonetty był to Czajkowski zagrany w sposób wysublimowany, lecz mało wzruszający. Zachwyciła mnie natomiast trzecia część, z której Lisa Batiashvili wydobyła chropawe, dosadne brzmienia i pewien ludowy prymitywizm, który mnie zaskoczył, ale bardzo tam pasował.

Skrzypaczce towarzyszyła West-Eastern Divan Orchestra pod batutą Daniela Barenboima , w których wykonaniu usłyszeliśmy po przerwie Morze Claude’a Debussy’ego. Tryptyk Debussy’ego zabrzmiał przepięknie, zachwycając migotliwą fakturą i przebłyskami epickich motywów. Koncert zakończył Poemat ekstazy Aleksandra Skriabina, który wydał mi się nieco zbyt jednorodny, bez wyraźnych punktów, o które można zaczepić uwagę.


Andris Nelsons i Boston Symphony Orchestra, fot. Patrick Huerlimann

Podczas drugiego z koncertów, na które się wybrałam, miałam okazję usłyszeć Serenadę na skrzypce, smyczki, harfę i orkiestrę Leonarda Bernsteina oraz IV Symfonię Dymitra Szostakowicza.

Serenada Bernsteina to eklektyczny zlepek najrozmaitszych stylów, od romantycznych tematów do jazzowych solówek, jednak Baibie Skride i Boston Symphony Orchestra pod batutą Andrisa Nelsonsa udało się odnaleźć w tym utworze spójną myśl. Kompozycja ta zabrzmiała w ich wykonaniu wyraziście, rzeźwo i dobitnie. Grali pięknym, nieoczywistym, nieco zachrypniętym dźwiękiem – co ciekawe, tę szczególną jakość dźwięku udało się osiągnąć nie tylko solistce, ale całej orkiestrze. Baiba Skride niewątpliwie jest wirtuozką, co udowodniła grając ze zdumiewającą prędkością i precyzją najtrudniejsze pasaże, ale prawdziwie magiczną intensywność nastroju osiągała w wyciszonych, kantylenowych fragmentach i to w nich zrobiła na mnie największe wrażenie.

Po przerwie zabrzmiała IV Symfonia Szostakowicza. Bostończycy rozpoczęli ten utwór szturmem – było głośno, albo ogłuszająco głośno i właściwie wszystkie motywy zlewały się w jednolitą masę dźwięku. Tym bardziej ujęły mnie późniejsze niuanse: wypieszczone sola, duety, tria, te wszystkie zachwycające, wyciszone momenty, gdy gra zaledwie kilka instrumentów. Szczególnie pięknie brzmiały instrumenty dęte. Imponowały precyzją i umiejętnym budowaniem nastroju. Ostatnia część, z początkowym atakiem masy perkusji, wręcz zapierała dech, aż do końcowego wyciszenia po którym wybuchły gromkie brawa.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów