Czy muzyka filmowa naprawdę jest zagrożona?

 

Gdy na portalu gamemusic.pl ukazał się ten artykuł a my opublikowaliśmy go na naszym tematycznym profilu Presto Filmowe na Facebooku, natychmiast pojawiły się komentarze (zachowujemy pisownię oryginalną).
 

Niektórzy uznali, że temat już był omawiany dawno temu, choć wtedy miał innych bohaterów:

Maciej W. Olech:
Ciekawe, akurat musiał paść na moją absolutną dwójkę ulubionych kompozytorów muzyki filmowej, dzięki którym zaczęła się cała moja miłość do tego gatunku. Pamiętam, że w latach 70tych 80tych były podobne debaty odnośnie George'a Lucasa i Stevena Spielberga, że kinem nowej przygody zabili ambitne kino i otworzyli drogę do współczesnych blockbusterów. I w obu przypadkach mogę tylko napisać ze winienie kogoś za to, że wyznaczył pewien styl, a inni nieudolnie go kopiują, nie jest sprawiedliwe.

Inni uznali temat za bardziej techniczny a może nawet – filozoficzny...

Tomasz Goska:
Ja bym poszedł szlakiem rozprawy nad pytaniem „Czy Williams i Zimmer zniszczyli soundtrack?” Samo pojęcie soundtrack jest już kontrowersyjne i szerokie. :)

Pawel Stroinski:
Aż nadto. Poza tym, mówiąc bardzo ogólnie. Właśnie ktoś powiedział, że Bach i Led Zeppelin zniszczyli muzykę. Taki poziom ma ten tytuł.

Jeszcze inni zwrócili uwagę na istotne różnice między zestawionymi w artykule kompozytorami:

Radomir Rakowski:
Uważam za nieporozumienie zestawianie ze sobą Williamsa i Zimmera. Williams zawsze trzymał konkretny (wysoki) poziom, a nawet jeśli ściągnął motyw Gwiezdnych Wojen z innych filmów, to nie znaczy, że cały jego potężny dorobek jest plagiatem (poproszę muzyczne dowody przeciwko Parkowi Jurajskiemu, Harry'emu Potterowi, Indianie Jonesowi, jak również Marszowi Imperialnemu i wielu innym motywom GW, których wszak jest mnóstwo). To Zimmer jest głównym problemem. Z jednej strony szanuję go, bo jest kompozytorem-samoukiem, który jest dowodem "amerykańskiego snu" (abstrahując od tego, że jest Niemcem). Z drugiej strony faktycznie zarzyna rynek kompozytorski i zaczynam mieć go serdecznie dosyć.

 

Dla nas szczególnie istotny jest aspekt kopiowania w muzyce w ogóle. W tym kontekście wydaje nam się, że każdy komentator muzyki filmowej i działalności kompozytorów soundtracków od czasu do czasu powinien wybrać się na jakieś epickie dzieło… do filharmonii lub opery.

Krzysztof Kietzman:
Jasne, Zimmer ma swoją stajnię przydupasów, ale praca Williamsa z orkiestratorami to co innego zupełnie. Zresztą liczni współcześni kompzytorzy (Bear McCreary, Michael Giacchino, Alexandre Desplat) mają swój własny styl i wcale nie próbuję emulować jednego czy drugiego.

Greg Wal:
Mówienie, że Williams kopiował z różnych kompozytorów jest tym samym co mówienie, że Ryszard Strauss kopiował od Ryszarda Wagnera, a Fryderyk Chopin od Wolfganga A. Mozarta. Kompozytorzy zawsze od siebie pożyczali fragmenty, zawsze się sobą inspirowali, więc nawet jeśli John Williams na początku pożyczał więcej, na pewno uświadomił ludzi jak istotna muzyka jest w filmie. :)

 

Najskrupulatniej do tematu podszedł nasz redakcyjny kolega:

Pawel Stroinski:
Widzę parę bardzo, delikatnie mówiąc, podejrzanych rzeczy, ale postaram się być parlamentarny ;)

Mówienie, że w filmach w latach 70-tych dominowały „prymitywne syntezy” to uproszczenie przekraczające mocno granicę przekłamania. To nie jest merytoryczny błąd, tylko wielbłąd. Owszem, dominującym stylem było to, co by dzisiaj nazwano inspiracją muzyką popularną, ale był w tym głównie jazz i odrobinę funku. Orkiestry mniejsze niż za Złotej Ery funkcjonowały, bo bez tego nie byłoby czasem awangardowych thrillerów Michaela Smalla, nie byłoby na początku epoki Długiego postoju na Park Avenue, gdzie kompozytor odważnie powiązał jazz z serializmem, czy Lalo Schifrina, który jeszcze odważniej wplatał elementy awangardowe i jazzowe. Można by tak godzinami mówić. Sam Williams w tym samym roku, co „Gwiezdne wojny” napisał zupełnie inną „Czarną niedzielę”, bliższą tradycji thrillerów spiskowych.

 

Tu ciekawy przykład muzyczny z tamtych czasów:

Williams jako fabryka – z tym się po prostu nie da dyskutować. Williams ma jednego, może dwóch orkiestratorów na projekt i jest zbyt precyzyjny, by orkiestrator miał zbyt duży wpływ. Były pewne sytuacje, gdzie ktoś dołożył np. partię bodaj puzonu, ale nawet Thomas Newman nie mógł dołożyć swej legendarnej rozstrojonej mandoliny do śmierci Vadera w Powrocie Jedi (nie żeby wtedy o tym myślał, ale daje do wyobraźni, prawda? ;) )

Śmierć Lorda zaszyta jest w tym fragmencie:

No i przykład Blade Runnera 2049, który ma być przysłowiową, przynajmniej dla Tomasza Hajty ;), truskawką na torcie. Z mojej wiedzy: czas pracy nad ścieżką nie ma żadnego wpływu na taką a nie inną jakość. Większość muzyki napisał Benjamin Wallfisch, bo Zimmer akurat miał światową trasę koncertową. Wrócił do USA na dwa tygodnie, wtedy zrobił swoje i wrócił na trasę po Stanach. Większość brzmienia tej ścieżki MOIM ZDANIEM (taka jest moja interpretacja wynikająca ze znajomości współpracy Villeneuve/Johannsson) wynika z zaleceń reżysera, który lubi opresyjne, mroczne, ostre ścieżki, a nawet Wallfisch nawiązuje do tych brzmień a la Jóhannsson w utworze Wallace, który, gdyby został wykonany przez grupę wokalną, nawet przesterowaną i zmanipulowaną potem elektronicznie, mógłby spokojnie znaleźć się w muzyce do Nowego początku. Bo brzmi jak z tego filmu.

Niezależnie od tego, czy zgadzamy się, czy nie, muzyki do Sicario zawsze miło posłuchać.

Albo z nowego "Łowcy androidów":

Autor tego artykułu jest studentem dźwięku w grach. Wypowiada się na temat procesu twórczego muzyki filmowej, czyli czymś, czego pewnie za bardzo nie liznął. I pokrótce o reszcie argumentów, choć niechronologicznie:

Zestawienie Williamsa z Marvelem, bo tak rozumiem linka do wideoeseju Tony'ego Zhou, nie ma sensu. Problem Marvela polega na tym, że nie mają właśnie jednolitego brzmienia i tematyki. Gdzie Williams, skoro Brian Tylerem jest Brianem Tylerem (Iron Man 3 i Thor 2), Alan Silvestri nieco banalizuje swój wcześniejszy styl (pierwszy Kapitan Ameryka i Avengersi), Henry Jackman łączy wrażliwość Silvestriego i swojego mentora (tak, Hansa Zimmera) (Kapitan Ameryka 2 i dużo bardziej klasyczna część trzecia), czy łączący wrażliwość Lalo Schifrina z Jerrym Goldsmithem Christophe Beck (Ant Man)? Gdzie tu John Williams tak naprawdę? Może w rockowym i dość nieudolnym pierwszym Iron Manie Ramina Djawadiego? No chyba nie...

 

No właśnie, muzyka do człowieka-mrówki wcale nie brzmi jak muzyka Hansa Zimmera:

 

Autor zapowiada ciąg dalszy, więc pewnie dyskusja także szybko się nie skończy. A co Wy na to? Uważacie, że znani i lubiani kompozytorzy psują muzykę filmową? Zostawcie komentarz!

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)