Emocje live

fot. Pixabay

Muzyka towarzyszy mi od zawsze. I wszędzie. Jest jak lepszy rodzaj uzależnienia; uspokaja, pobudza, motywuje, usypia, wzrusza…Zwłaszcza, gdy słucham jej na żywo.

Chyba każdy musi mieć jakąś odskocznię w życiu codziennym, chwilę na „odklejenie się” od rzeczywistości. Jedni gotują, inni sadzą marchewki…a ja „odklejam się” na koncertach. I tak zdarzyło mi się raz usłyszeć band, który przypiłował mój dość arogancki pogląd na nowoczesne tzw. „mocne granie”, byli jak tajfun.

Rok temu mój drogi przyjaciel zaproponował wyjście na koncert grupy Devin Townsend Project. Nie znając żadnych dokonań pana Devina, sięgnęłam po nieco informacji zamieszczonych w Internecie. Metal industrialny, rock progresywny, rock ambientowy – przeczytałam.
Rozumiem, czyli zupełnie nie wiadomo, co rzeczony może zaprezentować. Jak rzecz się miała z supportami? Jeszcze gorzej. Shinning – muzyka awangardowa (czyli totalnie…wszystko?), Pheriphery – metal alternatywny (?!). Wniosek nasuwa się sam – skoro trzeba było przyczepić metkę danemu zespołowi, a ten nie wpisywał się w żadne widełki – wymyślmy ją!
Tak więc nie wiedząc, czego się spodziewać udałam się na metalowo-progresywno-awangardowo-alternatywny koncert (Ha! Może to jakaś nisza! Idę!).

Wydarzenia kulturalne tego typu mają to do siebie, że można na nich spotkać prawdziwych pasjonatów, fanów zespołów, którzy znają niemal każdą nutkę z utworów swoich idoli. Tym razem fani podzieleni byli na dwie grupy – tych, którzy z dystansem traktują zarówno band, jak i cały przemysł muzyczny (Devin Townsend Project) i tych, którzy liczą na mocny metal, przeplatany growlem, krzykami i sugestywnymi – acz w mojej opinii – miałkimi – tekstami (Pheriphery).

Tymczasem dla mnie tego wieczoru zaistniał wyłącznie support – Shining. Set zaczął się od mocnej perkusji, ostrych riffów, dziwnych klawiszowych dźwięków, i…saksofonu! Na pierwszym planie królował multiinstrumentalista Jørgen Munkeby, który prawie przedefiniował pojęcie charyzmy artystycznej (tak jak je wcześniej rozumiałam).

Czy się wzruszyłam, zapłakałam, zamarło mi serce? Nie! Byłam tak zdziwiona i pochłonięta tym występem, że nawet nie umiałabym powiedzieć, co na tej scenie się w ogóle wydarzyło, choć słów zwykle mi nie brakuje. Czy nie tego właśnie szukamy na koncertach i w muzyce w ogóle? Niewyobrażalnych wprost emocji?

I pomyśleć, że wybrałam się na te koncert bez biletów i portfela i – by zostać na koncercie – wszystko musiał mi dowieźć…mój drogi przyjaciel.

Joanna Pietrzak

(na co dzień pracownik administracji Centrum Badań Kosmicznych PAN)

***
Jeśli chcesz się z nami podzielić swoją muzyczną opowieścią, napisz na adres: mymusicstory@prostoomuzyce.pl

 

 

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów