Jesienne powroty z Londynu i Wiednia

Śląski Festiwal Beethovena rozpieszcza swoich słuchaczy. Sobotni koncert pozwolił im uczestniczyć w pierwszym od dwustu lat wykonaniu muzyki Johanna Sedlatzka.

Zanim jednak doszło do epokowego koncertu, trzeba było zagospodarować prawie cały dzień – koncert był dopiero o 19. Wobec tego postanowiłem zwiedzić Głogówek. Rozpocząłem od wycieczki na zamek – polecam to każdemu, chociaż stan budynku woła o pomstę do nieba i jak najszybszy remont. Osoba przewodnika to temat na osobny tekst (mocne przeżycia – gwarantowane).

Takie same, a nawet większe, emocje budziło czekanie na koncert. Muzyka Johanna Sedlatzka pewnie dalej porastałaby kurzem w archiwach bibliotek, gdyby nie dyrektor głogówieckiego Muzeum Regionalnego, Aleksander Devosges Cuber. Podczas przeglądania dokumentów trafił na nazwisko urodzonego w Głogówku kompozytora. Później zaczął szukać dalszych informacji. Swoimi badaniami szybko zaciekawił flecistkę Elżbietę Woleńską. W końcu partytury Sedlatzka udało się odnaleźć w... British Library w Londynie. Dlaczego aż tam? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się bliżej postaci Sedlatzka.

Kompozytor był flecistą, i to nie byle jakim – po wysłuchaniu jego koncertu można go z powodzeniem nazwać "Paganinim fletu". Urodził się w 1789 r. Głogówku, i tam też służył na dworze Oppersdorfów. Miał okazję grać dla Ludwiga van Beethovena – ich drogi jeszcze później się zeszły. Po wyjeździe z Głogówka kariera Sedlatzka nabrała rozpędu – grał m.in. w Brnie, Wiedniu oraz we Włoszech. Podczas prapremiery "IX Symfonii" Beethovena Sedlatzka nie mogło zabraknąć w orkiestrze. Krótko potem wyjechał do Londynu, gdzie wydawał swoje utwory. Dopiero po kilkunastu latach powrócił do Wiednia i tam spędził resztę życia jako pedagog.

Nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać po tych utworach. Chociaż Sedlatzek nie wywrócił historii muzyki do góry nogami, to jego utworów słucha się bardzo przyjemnie. Są melodyjne, lekkie i skomponowane po to, żeby się podobać i sprawiać przyjemność. Niektóre nawiązują w tytule do Paganiniego, inne do różnych popularnych w tamtych czasach melodii z oper. Na słuchaczach największe wrażenie zrobił ostatni utwór, oparty na melodii pasterskiej "Ranz des Vaches". Sedlatzek jako kompozytor, a pewnie - także jako wykonawca - dał w nim z siebie wszystko. Solo fletu jest bardzo długie, trwa prawie pół utworu, i kiedy w końcu dołącza fortepian – trochę niepotrzebnie wyrywa słuchaczy z zadumy. Właściwie solo mogłoby zacząć i zakończyć utwór.

Solistka Elżbieta Woleńska i towarzysząca jej przy fortepianie Elżbieta Zawadzka miały pełne ręce roboty – kompozytor nie ograniczał się tylko do rozbudowania partii fletu. Fortepian jest tu równorzędnym partnerem. Elżbieta Woleńska włożyła wiele pracy w odnalezienie tych partytur, a także w nagranie pierwszej w historii płyty z muzyką Sedlatzka, więc zupełnie nie dziwi, że wykonanie było najwyższych lotów. Początkowo była do całego projektu nastawiona sceptycznie – jak powiedziała - myślała, że skoro o kompozytorze nikt nie pamięta, to pewnie nie jest to dobra muzyka. Jednak pierwszy kontakt z partyturami Sedlatzka rozwiał wszelkie wątpliwości. Założę się, że po koncercie nie miał ich nikt.

Koncertu wysłuchał Oskar Łapeta

Kilka zdjęć w galerii - obie Elżbiety wyglądają tak, jakby bawiły się grą. Zapewniamy jednak, że pozory potrafią mylić (fot. Lucjan Wójcik): [gallery]363[/gallery]

 

 

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)