Jeśli nie możemy milczeć, to musimy śpiewać [wspomnienia o Macieju Kazińskim]

fot. Jan Billert

Vanessa Rogowska: 14 września 2018 r. otoczony miłością rodziny i przyjaciół odszedł po długiej i ciężkiej chorobie Maciej Kaziński. Człowiek wielu talentów (multiinstrumentalista, śpiewak, muzykolog, tłumacz, animator środowiska muzycznego), przyjaciel muzyki - szczególnie tradycyjnej i dawnej. Organizator Festiwalu Muzyki Dawnej w Starym Sączu, który przerodził się w jeden z najciekawszych festiwali muzycznych Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu. Dobry duch. Przyjaciel.

W listopadzie wspominamy tych, którzy odeszli. Macieja szczególnie, nie tylko ze względu na zasługi jakie poczynił dla muzyki, środowiska z nią związanego, ale głównie ze względu na relacje jakie stworzył z innymi. Nośnikiem tych relacji była duchowość i muzyka, a właściwie ich nierozerwalne połączenie, które Maciej niósł innym z pokorą, wolnością i miłością. Muzyka kochała Go również i przychodziłado niego z każdego kierunku świata, a on ją tłumaczył i przekazywał innym świadom jej ponadczasowej wartości.

Barosz Izbicki – zespół Jerycho :

Ogólnie znany był szczególny stosunek Macieja Kazińskiego do instrumentów muzycznych, które traktował nieledwie jak domowników, a na pewno jak artefakty obdarzone mocą. Muzyczną mocą. Zdarzyło mi się wielokrotnie prosić go o opinię i rozmawiać z nim o instrumentach – o różnych typach organów (pozytyw, regał), o kotłach, o fideli... Jednak na zawsze pozostanie mi w pamięci sprawa przenośnej, skrzynkowej fisharmonii. Fisharmonię taką wypatrzyłem gdzieś w internecie i rozpocząłem negocjowanie ceny. Chwilę potem porwał mnie wir obowiązków i, gdy wróciłem do negocjacji, okazało się, że fisharmonię kupił już ktoś inny. Był to Maciej. Kilka lat później pożyczył mi ją na koncert w Szczecinie. Tak to już jest – daleka droga, mały samochód, dużo instrumentów i śpiewacy... każdy skrawek miejsca się liczył. To rozwiązanie tak doskonale się sprawdziło, że uświadomiłem sobie niezbędność tej fisharmonii w dalszym funkcjonowaniu mojego zespołu. Zadzwoniłem więc do Macieja, chcąc ją od niego odkupić, co on po prostu skwitował: „Ależ ja ją kupiłem z myślą o Tobie”. I tak oto fisharmonia została ze mną. Od z górą trzech jest już u mnie, a jej muzyczna moc objawia się podczas koncertów i liturgii, które mi i mojemu zespołowi dane jest śpiewać.

Łukasz Słotwiński - Stowarzyszenie „Muzyka Dawna w Jarosławiu” :

Maciej Kaziński był multiinstrumentalistą, śpiewakiem, wizjonerem, tłumaczem i człowiekiem kultury. Dla nas był przede wszystkim przyjacielem, nauczycielem i dyrektorem artystycznym naszego Festiwalu Muzyki Dawnej. Festiwalu wyjątkowego, choćby ze względu na to, w jaki sposób traktowana jest tam muzyka i kultura w ogóle. Charakterystyczną cechą jego podejścia do festiwalu, było traktowanie go nie jako serii mniej lub bardziej związanych ze sobą wydarzeń kulturalnych, lecz spojrzenie szersze, w którym festiwal jako całość stanowi zamknięte dzieło sztuki, które może i powinno wywierać określony wpływ na jego odbiorców. Uczył nas tego, że muzyka to coś niezwykłego w naszym życiu; coś, czego zdarza nam się w dzisiejszych czasach coraz częściej nie doceniać. I to właśnie szczególnie Maciejowi Kazińskiemu zawdzięczamy - przekonanie o istotności muzyki w biegu spraw ludzkich. Przekonanie o tym, że jest ona darem, który otrzymaliśmy, by móc zbliżać się do Tajemnicy, wobec której, jeśli nie możemy milczeć, to musimy śpiewać.

Dominika Krupińska – historyk i teolog:

Znałam Maćka kilkanaście lat, ale nie była to bliska znajomość. Owszem, jeździłam na festiwale w Jarosławiu i na spektakle Scholi Węgajty i tam go spotykałam, lecz to wszystko. Kiedy sześć lat temu uruchomiłam inicjatywę odnowienia w Polsce rytu dominikańskiego, Maciek bardzo się tym zainteresował i od tej pory wielokrotnie wypytywał, co nam się udało zdziałać, dodając otuchy i odwagi. Jednak dopiero, kiedy okazało się, że jest ciężko chory, zaczęliśmy częściej rozmawiać. Namalowałam dla niego ikonę, Mandylion. Postawił ją w świętym kącie, który zaaranżował w swoim pokoju. To sakralne miejsce miało w sobie eleganckie piękno i dobry gust, jak wszystko, co robił Maciek. Wcześniej ta ikona, stawiana na ołtarzu lub pulpicie. oznaczała w symboliczny sposób jego obecność podczas wszystkich koncertów festiwalu jarosławskiego w 2016 roku, na którym ku swemu wielkiemu cierpieniu nie mógł być obecny. A on mi z kolei dał starą przepiękną grafikę przedstawiającą Wniebowstąpienie Pana Jezusa, wyciętą z jakiejś książki i oprawioną. Powiedział, że ta scena z życia Pana Jezusa kojarzy mu się właśnie ze mną. Z tego, co wiem, innym osobom podarował dalsze grafiki, starając się w każdym wypadku dopasować indywidualnie ich treść do poszczególnych osób. Chciał też, żebym namalowała do kaplicy, którą budował, Drabinę do raju Jana Klimaka. Ale tego projektu nie udało mu się dokończyć. I tak zaczęliśmy dość regularnie rozmawiać o ikonach i zbawieniu, wymieniając się duchowymi prezentami, jak tłumaczone książki czy albumy z ikonami. W ostatnim czasie szczególnie ważna była dla niego Matka Boża i o niej najwięcej rozmawialiśmy. Ale największym darem było dla mnie samo umieranie Maćka. Przypadek zwany opatrznością sprawił, że spędziłam u niego z koleżanką ostatnie przedpołudnie przed jego śmiercią. Odwiedzało go bardzo dużo znajomych (naprawdę podziwiam cierpliwość pracowników i pacjentów kowarskiego hospicjum, codziennie liczni goście, często artyści wpadający na różne szalone pomysły, jak choćby gra na lutni), ale akurat na mnie i Kasię wypadło. I przez cały ten czas odmawiałam różaniec. Kiedy przestawałam, widziałam, że robi się niespokojny i wskazuje oczami na różaniec, który wisiał nad łóżkiem. Gdy zaczynałam znowu, uspokajał się. Wychodząc, obiecałam, że będę się modlić za niego dalej... Nigdy w życiu nie odmówiłam w jednym dniu tyle różańca... to nie było łatwe. Ale już robiąc to, czułam, że ten czas spędzony u jego łóżka, to nie jest mój dar dla niego, ale jego największy dar dla mnie. To było dobre umieranie; i wlało we mnie niesłychany spokój, który mnie do tej pory nie opuszcza, i uporządkowało moje widzenie spraw doczesnych w kontekście tego, co naprawdę ważne, wieczne, i choć niewidzialne, jedyne-naprawdę-istniejące.

Stanisław Nowak OP - dominikanin :

Pamiętam jak 1999 roku poznałem Macieja Kazińskiego jadąc pociągiem z Krakowa do Jarosławia. Byłem wtedy w liceum i jechałem pierwszy raz na Festiwal Pieśń Naszych Korzeni. Przez całą drogę wysoki brodaty człowiek w czerwonych ogrodniczkach chodził i zaglądał do różnych przedziałów, jakby szukał kogoś, ale bez niepokoju, jakby szukał kogoś kogo jeszcze nie zna. Dopiero na Festiwalu dowiedziałem się kim jest i jaki niezwykły świat muzyki i tradycji mi pokaże. Kiedy dzisiaj po jego śmierci myślę o naszych wszystkich spotkaniach, to widzę jeden mianownik: za każdym razem, gdy rozmawialiśmy spotykaliśmy się nad jakąś niezwykłą Tajemnicą ukrytą przed każdym z nas osobno. Rozmawiając o tym, jaki śpiew nas teraz porusza i jakiej liturgii pragniemy ta Tajemnica się odsłaniała. Wierzę, że Maciej właśnie dotarł do niej pierwszy. Jestem przekonany, że nie zapomniał o tym, że ja jestem jeszcze w drodze.

***

W ostatniej książeczce festiwalu Pieśń Naszych Korzeni z sierpnia 2018 roku skierowanej do uczestników wydarzenia Maciej napisał :

„Uszy nie mają powiek. Nie możemy ich zamknąć, jak oczu. Dlatego tak ważne jest, co przez nie wnika do naszego wnętrza. Na szczęście dana jest nam Muzyka, i Muzycy - pomocnicy, dzięki którym już tu, w naszej obecności urzeczywistnia się i materializuje piękno, harmonia i Boski ład.

Muzyka, a zwłaszcza Święta Liturgia to przedsmak liturgii niebiańskiej. To przedsmak Nieba, gdzie nieustannie Boga chwalą aniołowie.

Obyśmy się tam wszyscy spotkali,
I zgodnym głosem Hosanna śpiewali!"

Maćku, byłeś Wszechświatem, którego bogactwo i subtelności zmieniły nas na zawsze. Spoczywaj w pokoju...

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów