Nadświetlna prędkość Auksodrone

fot. Wojciech Wandzel

MATEUSZ CIUPKA: Niemal od chwili powstania w 1998 roku orkiestra AUKSO miała swój festiwal – Letnią filharmonię AUKSO, ale auksodrone w siedzibie zespołu, tyskiej Mediatece, to skok w nadświetlną, a zarazem najbardziej ryzykowny pomysł na festiwal, jaki dotychczas widziałem.

SMAK RYZYKA

Autorem programu i koncepcji auksodrone jest, wraz Polskim Wydawnictwem Muzycznym i Radiową Dwójką, Filip Berkowicz, wieloletni kurator festiwali takich jak Misteria Paschalia czy Sacrum Profanum, jeden z twórców światowej muzycznej sławy Krakowa, a obecnie dyrektor artystyczny gdańskiego festiwalu muzyki dawnej Actus Humanus, który pod jego rządami otrzymał w 2015 roku prestiżowe wyróżnienie EFFE („Europe for Festivals, Festivals for Europe”).

Napisałem, że koncepcja auksodrone była ryzykowna, bowiem Filip Berkowicz zaplanował dla główneego bohatera festiwalu, czyli orkiestry AUKSO aż dziewięć koncertów, po trzy dziennie. Co więcej, każdego dnia zespół grał w trzech odmiennych blokach tematycznych: „Contemporary Classical” poświęconym klasycznej muzyce współczesnej, „Jazz Icons” sztandarowym polskim jazzmanom starszego pokolenia i „WARP” muzyce elektronicznej artystów współpracujących z brytyjską wytwórnią WARP Records.

Istniało zagrożenie, że zmęczenie da o sobie znać i nie uda się równym tempem dobiec do niedzielnej mety. Wyzwaniu sprostać mogli tylko muzycy o ogromnych umiejętnościach, opanowaniu i kondycji godnej zawodników triathlonu. Na szczęście okazało się, że AUKSO to właśnie tacy zawodnicy.


fot. Wojciech Wandzel

AUKSO

Gdy Marek Moś, założyciel i dyrektor artystyczny Kameralnej Orkiestry Miasta Tychy AUKSO, opuszczał Kwartet Śląski w końcu lat 90., w środowisku zawrzało. Po latach, w wywiadzie dla Radiowej Dwójki Moś przepraszał za stres, jakiego doznali koledzy z powodu jego odejścia.

Jednak z dzisiejszej perspektywy należy przyznać, że był to ruch znakomity, bowiem polska scena muzyczna wzbogaciła się o jedną z najbardziej wszechstronnych orkiestr kameralnych, grającą repertuar przekraczający (a czasem zacierający) granice gatunków i rodzajów muzyki – od klasyki po elektronikę. Warto przy tym dodać, że Kwartet Śląski przetrwał odejście swojego prymariusza i zachował pozycję jednego z najlepszych w Europie.

KLASYCZNE PREMIERY

Trzy koncerty „Contemporary Classical” zgromadziły nazwiska należące do czołówki współczesnych polskich kompozytorów – świętującego swoje 80. urodziny Zygmunta Krauzego, Agatę Zubel, która w sierpniu otrzymała Europejską Nagrodę Kompozytorską za Fireworks oraz Alka Nowaka, który w tym roku zaliczył dwie bardzo udane premiery – opery Ahat ili – Siostra bogów podczas Sacrum Profanum i Do słów podczas Warszawskiej Jesieni. Wszyscy byli w Tychach obecni osobiście.

Na ogromną korzyść auksodrone należy zapisać, że mogliśmy wysłuchać trzech premier – co więcej, wszystkie były świetne. Exodus 2016 Zygmunta Krauzego należy do nurtu społecznie zaangażowanych kompozycji krakowskiego profesora, niosących treść głęboko humanitarną. Utwór dotykał trafną i znakomicie zagraną metaforą dźwiękową temat kryzysu migracyjnego w Europie.

Z kolei Pieśni Kleopatry Agaty Zubel (premiera polska), oparte na tragedii Williama Szekspira Antoniusz i Kleopatra, wykonane przez kompozytorkę, były największym wydarzeniem soboty – potężna dawka ekspresji i cały wachlarz środków wokalnego wyrazu, od szeptów, westchnień, zawołań po klasyczny śpiew piękną, soczystą barwą i siłą huraganu. Na to czekaliśmy.

La La La Alka Nowaka było liryczną opowieścią o zatartym, nieuchwytnym wspomnieniu wczesnej młodości z bardzo udanym wykorzystaniem sampli głosowych dziecięcego śpiewu.


fot. Wojciech Wandzel

LEGENDY JAZZU

Trzy wieczory pod rząd Radiowa Dwójka transmitowała koncerty jazzowe z tyskiej Mediateki. AUKSO towarzyszyło artystom należącym do ligi, która wyniosła polski jazz do światowej sławy – Andrzej Jagodziński ze swoim trio wystąpił z fantastycznym Henrykiem Miśkiewiczem, którego saksofon brzmiał młodo, żywo i barwnie. Na bis zafundowali chyba zgodnie z pragnieniem publiczności, jazzowego Chopina (Etiuda E-dur op.10 nr 3 „Tristesse”).

Sobotniego wieczora AUKSO gościła Zbigniewa Namysłowskiego i jego kwintet ze specjalnie na tę okazję przygotowanymi aranżacjami swoich kawałków. Serca publiczności skradła zagrana dwa razy tego wieczora piosenka Namysłowskiego z tekstem Joanny Kulmowej Gdyby dyrygent był krokodylem.

Jednak największym hitem „Jazz Icons” okazał się występ Michała Urbaniaka, skrzypka Milesa Daviesa, który w od lat idzie własną drogą, której nie da się opisać wyłącznie atrakcyjnym brzmiącym słowem fusion. Obie suity – Sketches of Poland i Sketches of Manhattan wypadły tak energicznie i efektownie, że 75-letni mistrz musiał ze swoim zespołem bisować aż dwa razy. Podczas wszystkich trzech jazzowych koncertów AUKSO doskonale nadążało za unikatowymi idiomami legendarnych jazzmanów.


fot. Wojciech Wandzel

WARP

Przyznam, że elektronika to jeszcze nie mój świat. Z obawą myślałem o tym, że na finał każdego wieczoru przewidziano coś, co nie rozluźnia, a napina, nie uspokaja pulsu, ale go niebezpiecznie podwyższa. Trochę tak było w piątek, gdy na scenie pojawił się Squarepusher ze swoim „kanapowym techno”, jednak po raz kolejny okazało się, że zdrowa zasada napięć i odprężeń działa dobrze. Odprężenie zafundował Andrzej Jagodziński, więc napięcie leżało w rękach Toma Jenkinsona, który energicznie i świetliście prezentował kawałki z płyty Ufabulum stapiające się z niezmienne perfekcyjnym brzmieniem AUKSO.

Na antypodach Squarepushera znalazła się Mira Calix, kontemplująca naturę w dwóch wymiarach. Po pierwsze naturę drzew, robiąc co rusz ciekawe przypisy do Arbor Cosmica Andrzeja Panufnika oraz Locorum na kwartet smyczkowy i szum lasu. Po drugie naturę człowieka w swoim 16 weeks, gdzie wykorzystała odgłosy rozwijających się płodów w łonach matek.

Ten rodzaj elektronicznej nostalgii i wyciszenia częściowo podjął ostatni z trójki „WARPowców” – Clark, prowadzący dialog z Muzyką żałobną, Łańcuchem I oraz III Witolda Lutosławskiego. To był finał AUKSODRONE, które skończyło się podobnie, jak zaczęło – bez konfetti, fajerwerków i efekciarstwa. Kto miał uszy dobrze nastrojone, ten słyszał, że zagranie na sam koniec Lutosa z taką precyzją i świeżością było pokazem najwyższej muzycznej klasy AUKSO.


fot. Wojciech Wandzel

SWOBODA

Przyznam się, że w Mediatece byłem po raz pierwszy, ale już wiem, że nie ostatni. To świetna przestrzeń do robienia festiwalu. Przede wszystkim w głównym, przestronnym hallu było miejsce na zorganizowanie pozostałych atrakcji festiwalowych. Tak! – pozostałych, bo trzy koncerty dziennie to jeszcze nie wszystko.

W ustawionym na środku hallu boxie codziennie można było posłuchać Michała Mendyka, jednego ze współzałożycieli magazynu Glissando, organizatora życia muzycznego, który opowiadał o kompozytorach związanych ze Studiem Eksperymentalnym Polskiego Radia. Warsztaty miały swoją kontynuację po ostatnich koncertach – towarzyszący Mendykowi Marcin Staniszewski, prezentował sample ze zbiorów SEPR.

W tym samym miejscu po lewej od wejścia pojawiali się przez trzy dni Jacek Hawryluk i Bartek Chaciński, czyli duet HCH, który nie tylko raczył publikę setami, ale także ze swadą i elokwencją prowadził konferansjerkę koncertów.

Duet HCH odpowiadał również za 30-minutowe sesje Q&A z kompozytorami – Zygmuntem Krauze, Agatą Zubel i Alkiem Nowakiem. To było doświadczenie na wagę złota i jednocześnie piękny prezent od organizatorów – spotkanie z twórcą przed premierą jego dzieła nie tylko otwierało głowę na bardziej świadomy odbiór, ale też skracało dystans, który zazwyczaj tworzy się w filharmoniach i teatrach, w których kompozytor zajmuje często honorowe miejsce w dalekiej loży i nie sposób go dostrzec, a co dopiero z nim porozmawiać.

Gdyby zaś tego było mało, to auksodrone zrobił ukłon w stronę najmłodszych melomanów, organizując wraz z PWM warsztaty UWERTURKI (dla dzieci), prowadzone przez Kalinę Cyz oraz M.U.Z.Y.K.A. (dla uczniów). Na chwilkę odiwedziłem te drugie, podczas których Joanna Bronisławska pokazywała, czym jest muzyka ciała – ku wielkiej uciesze dzieciaków.

Przez trzy dni udało się na auksodrone zrobić więcej niż na niejednym starym festiwalu, dać pokaz fenomenalnych możliwości orkiestry, nadążyć za tym, co najgorętsze w muzyce współczesnej, najbardziej legendarne w jazzie i progresywne w elektronice. Tak się wchodzi w nadświetlną prędkość, z którą dolecieć można na muzyczne szczyty. Co więcej, wszystko to odbywało się swobodnej atmosferze, która sprawiła, że gdy wyjeżdżałem z Tychów, to czułem, że Mediateka przez te trzy dni stała się jakaś taka „moja” i że na pewno przyszłoroczny auksodrone zapisuję jako żelazną pozycję w festiwalowym kalendarzu.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów