Nie potrzeba nam Hendriksa. Mamy Assad Family.

Stare dobre przysłowie mówi, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu. Rodziny Assadów nie można usłyszeć razem zbyt często. Gdzie jest haczyk?

Mniej więcej takie myśli kołatały mi się po głowie, kiedy w Katowicach wsiadłem w pociąg osobowy do Tychów. Przyczyny okazały się znacznie bardziej prozaiczne – okazuje się, że członkowie zespołu są rozrzuceni po całym świecie – San Francisco, Bruksela, Chicago i São Paulo. No dobrze – odezwał się sceptyk w mojej głowie – ale skoro widzą się tak rzadko, to czy mogą się dobrze zgrać?. Tyska publiczność trzech członków rodziny już zna – na poprzednich edycjach Śląskiej Jesieni Gitarowej grali Serge, Odair i Badi Assad. Jedyną niespodzianką było pojawienie się Clarice Assad – córki Serge'a - pianistki i śpiewaczki. Repertuar – bliskowschodni, brazylijski i własny.

Najpierw na scenie pojawili się panowie – Serge i Odair. Od razu pokazali, że wykonywaną muzykę mają we krwi, a nieczęste wspólne koncerty tylko mobilizują ich do większego wysiłku. Otrzymali gromkie brawa i po dwóch utworach zeszli ze sceny. Sceptyk w mojej głowie dalej marudził, ale teraz jakby ciszej i jakoś tak bez przekonania. Tymczasem przed publicznością pojawiła się Badi Assad. W przeciwieństwie do męskiej części swojej rodziny dysponowała "tylko" gitarą elektryczną. Ale to, co z nią wyprawiała, przeszło moje oczekiwania – co prawda nie spaliła jej, jak kiedyś Jimmy Hendrix, ale niewiele brakowało. Oprócz gry na gitarze wspomagała się głosem – śpiewała, skatowała, cmokała, a wszystko to robiła z taką energią i przekonaniem, że nie było chyba na sali osoby, która nie dałaby się porwać. Sceptyk zdezerterował, a ja pomyślałem, że takiej temperatury już się wyżej podnieść nie da.

Bardzo się myliłem. Clarice Assad na początku wydawała się nieśmiała, ale to wrażenie zniknęło, jak tylko zaczęła grać. Była bardziej subtelna niż Badi, ale nie brakowało jej temperamentu i wyobraźni. Napięcie sięgnęło zenitu, kiedy na scenie pojawił się cały kwartet. Ci ludzie uwielbiają ze sobą grać, zresztą siebie nawzajem też uwielbiają – to było widać i słychać w każdym geście i w każdej nucie, jaką wykonali. Nie zamykali się na publiczność – mniej więcej co dwa utwory zwracali się do niej i dzielili się swoimi emocjami i przeżyciami. W pewnym momencie komuś na sali zadzwonił telefon. Serge powtórzył melodię na gitarze, a Badi zaimprowizowała rozmowę, która mogłaby się odbyć. Wszystko na luzie i z poczuciem humoru. Byłem oczarowany, a z komentarzy ludzi po koncercie mogłem się zorientować, że oni też.

Żeby nie było tak różowo – występ Assadów miał jedną wadę, poważną. Za szybko się skończył. Trwał równo dwie godziny, które zleciały tak, jakby trwał piętnaście minut. Chciałbym, żeby tak  było na każdym koncercie. Szkoda, że Festiwal, który budzi tyle pozytywnych emocji, dobiega już końca. Byłem na Śląskiej Jesieni Gitarowej pierwszy raz. Wiem jedno – na pewno nie ostatni.

Koncertu wysłuchał Oskar Łapeta

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów