Niech żyje wojna!

fot. Krzysztof Bieliński, Moc przeznaczenia, Opera Śląska
fot. Krzysztof Bieliński

 

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Moje ostatnie wspomnienie „Mocy przeznaczenia” to inscenizacja w Operze wiedeńskiej. Zapamiętałam brak scenografii, brak reżyserii, piękne głosy i niesamowitą muzykę. Gdy dowiedziałam, się, że Opera Śląska w Bytomiu sięga po ten tytuł, decyzja była prosta: zobaczyć! Miałam niejasne przeczucie, że dostanę tu zupełnie inną jakość…

ADRIAN NOWAK: 18 marca, pierwszy raz po 56 latach na deskach Opery Śląskiej w Bytomiu zagościła „Moc przeznaczenia”. Na deskach scenicznych opera Verdiego gości rzadko. Bagaż odpowiedzialności za wystawienie tego wybitnego dzieła był więc spory. Na szczęście dźwigało go wiele osób.

[Relacja wspólna, na podstawie dwóch spektakli - z 18 (premiera) i 25 marca]

Premierę zapowiadano wiele miesięcy wcześniej, co skutecznie podgrzewało atmosferę. Już na godzinę przed spektaklem publiczność powoli wypełniała gmach opery, by poczuć klimat. O godzinie 18.00 podniosła się kurtyna… I od razu niespodzianka. Reżyser Tomasz Konina włączył uwerturę w przedstawienie. Na scenie pojawiła się solistka baletu, Wioleta Haszczyc z zapierającym dech tańcem. W kongenialny sposób zapowiedziała ruchem wszystkie dramatyczne zwroty akcji. Reżyser i choreograf osiągnęli najważniejszy efekt: skupili uwagę widzów. Teraz wystarczyło trzymać poziom… przez najbliższe 3,5 godziny.

Od realizatorów takich jak Tomasz Konina (reżyseria, scenografia) i Jakub Kontz (kierownictwo muzyczne) wymagamy najwyższego poziomu. I nie zawiedli. Przedstawienie było bardzo spójne, nie nudne, co nie jest na pewno rzeczą prostą przy spektaklu o iście wagnerowskiej długości. Przy dość minimalnej scenografii, modyfikowanej według potrzeb akcji, i rewelacyjnej grze światła, udało się uzyskać efekt wizualny, który mocno działał na wyobraźnię widza. Sceneria w wielu momentach była bardziej symboliczna niż realistyczna, ale dzięki pomysłom realizatorskim broniła się efektownie. Jak choćby ściany pałacu – początkowo piękne, gładkie, z biegiem akcji niszczone, przybrudzone – nie tylko symbolizowały wojnę, ale zapowiadały finałową tragedię i pokazywały powolny rozpad – związku, rodzinnych relacji…

Co do rozwiązań inscenizacyjnych – redakcja Presto ma zdanie podzielone. Adriana nie przekonało przeniesienie opery w czasy współczesne. Wolałby realizację w kostiumach z epoki i scenografii historycznej. Don Alvaro w kamaszach i skórzanej ramonesce wydał mu się wręcz śmieszny. Faktem jest, że scena, w której Don Carlos przysięgając zemstę za śmierć ojca śpiewa o pchnięciu mieczem prosto w serce temu, który żałobą okrył jego rodzinę, a na scenie sprawdza przy tym stan techniczny półautomatycznego pistoletu z XX wieku – jest przynajmniej niespójna. Żołnierze śpiewają „Viva Italia, Viva España – a na sobie mają współczesne mundury polskiego wojska. Wreszcie w chwili dramatycznej śmierci głównych bohaterów, wraz z ostatnimi taktami muzyki z tyłu sceny wyłania się szyb kopalniany, który do całej historii w sumie nie pasuje.


fot. Krzysztof Bieliński

Z kolei Kinga to uwspółcześnienie kupuje. Historia jest uniwersalna, stroje, scenografia nie mogą być ważniejsze od fabuły. Don Alvaro w skórzanej kurtce po prostu szykuje się do drogi. Jakie znaczenie ma to, w co się ubrał? Wybranka traci rezon i przez jej wahanie zaraz ktoś nakryje ich na realizacji planu ucieczki. Utrzymanie napięcia jest stokroć ważniejsze niż strój. A tu napięcie udaje się utrzymać fenomenalnie. Inna sprawa to żołnierze we współczesnych mundurach. Oni i hasło „Viva la guerra”, wymalowane jakby krwią na ścianie, boleśnie uświadamiają, że wojna to nie relikt z przeszłości, to nie tylko wydarzenia, o których uczymy się z książek. O pokój trzeba dbać – ten światowy i ten w domowym zaciszu. Jeśli nie dbamy – może się skończyć tragedią, tak narodową, jak i rodzinną. A kopalniany szyb w finale po prostu przypomina o tym, gdzie jesteśmy: na Górnym Śląsku, gdzie proza życia jest tak daleka od bajkowych scenografii, pięknych kostiumów. Gdy tylko wyjdzie się przed budynek Opery śląskiej, widzi się smutny świat, trochę zaniedbany, biedny, bo i taka jest rzeczywistość Górnego Śląska. Nie zapominajmy o tym, zdają się prosić twórcy spektaklu.


fot. Krzysztof Bieliński

Podobno w 2018 roku Metropolitan Opera w Nowym Yorku planuje premierę tego tytułu. Ciekawe, czy tam zachowana zostanie pewna tradycja, czy raczej MET pójdzie drogą ekstrawagancji, coraz częstszych na nowojorskich deskach, udziwnień – jakby powiedział Adrian, któremu marzy się ta opera w pięknym klasycznym wydaniu, z cudowną muzyką Verdiego.

Bo rzeczywiście muzyka „Mocy przeznaczenia” w Operze Śląskiej upaja od pierwszej nuty. Tu zdania redakcji Presto są zgodne. Słychać w tej muzyce geniusz Verdiego, a to dzięki świetnej pracy Jakuba Kontza z orkiestrą. Pod kątem wokalnym zarówno soliści jak i chór byli przygotowani do perfekcji. Dało się wprawdzie na początku wyczuć, u niektórych solistów, zdenerwowanie, czy wręcz tremę, co w sumie nie dziwi przy dziele takiego kalibru.

W premierowym spektaklu gwiazdą była Ewa Biegas, która grała główną bohaterkę. Modlitwę Leonory zaśpiewała głosem tak perfekcyjnie dramatycznym, że wywołała burzę oklasków i okrzyków zachwytu. Za plecami usłyszałem męski głos: „wzruszyłem się”. Ewa Biegas dała przy tym popis najwyższej sztuki wokalnej. Co bardzo ważne, organizatorzy zadbali, aby premierowa obsada nie odstawała znacznie poziomem. W kolejnych przedstawieniach rolę Leonory grały Karina Skrzeszewska i Anna Wiśniewska-Schoppa, które także świetnie spisały się nie tylko wokalnie, ale i aktorsko.

Następną wybitną postacią tego spektaklu był Aleksander Teliga (w podwójnej roli Markiza Calatravy i Ojca Gwardiana). Patrząc na niego ma się wrażenie, że on po prostu JEST postacią, którą gra. Gdy śpiewa Markiza – jest Markizem, gdy śpiewa partię gwardiana – staje się zatopionym w miłosierdziu mnichem. I wreszcie niesamowicie trudna partia tenorowa – bezlitosny był ten Verdi dla głównych bohaterów – Don Alvaro grany przez Macieja Komanderę. Nie da się ukryć, że jest to na pewno tenor wiodący prym w Operze Śląskiej. Miałem przyjemność oglądać kilka jego ról i zawsze są to partie przepracowane dogłębnie, zarówno wokalnie jak i aktorsko. Komandera wykazuje się silnym dramatycznym tenorem o bardzo rozległej skali.

Zachwycona spektaklem publiczność zgotowała artystom długą owację, zakończoną ostatecznie na stojąco. Podobnie było także w niedzielny wieczór, podczas drugiego przedstawienia, kiedy partię Leonory śpiewała dobrze znana bywalcom Opery Śląskiej Karina Skrzeszewska – zdobywczyni złotej maski za rolę Łucji z Lammermooru. Owacja na stojąco również zakończyła niedzielny spektakl. Tydzień później było zresztą podobnie.

Kolejny raz Opera Śląska prezentuje nam spektakl na najwyższym poziomie. Fakt ten jest godny odnotowania chociażby ze względu na szczegół, że premiera „Mocy Przeznaczenia” była pierwszą pod kierownictwem pełniącego obowiązki nowego dyrektora Łukasza Goika – gratulacje Panie Dyrektorze. Odważny krok. Wspaniałe otwarcie. Życzymy wielu takich sukcesów.

Ks. Adrian Nowak i Kinga A. Wojciechowska


fot. Krzysztof Bieliński

Komentarze

Remont będzie. Gruntowny

Remont będzie. Gruntowny podobno. Ma być piękniej, nowocześniej. Dopóki jesteśmy w UE, to jest i szansa.

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów