O bogach i planetach

Film telewizyjny „The Planets” powstał w latach 90-tych. Jego reżyserka, Barbara Willis Sweete, wyreżyserowała i wyprodukowała wiele filmów o muzyce, ich lista jest długa i bogata. Sądzę, że to właśnie muzyka jest planetą Barbary Willis Sweete, ale zamierzam ją o to wprost zapytać. „The Planets” to wspaniały film, w którym sławna suita Gustawa Holsta jest zilustrowana środkami artystycznymi teatru, baletu, pływania synchronicznego i – a raczej przede wszystkim – jazdy figurowej na lodzie. Wszystkie te formy artystycznego wyrazu są zmieszane i połączone w piękny, bajeczny spektakl.

Recenzja filmu ukazała się na stronie internetowej Presto na początku października br.:

http://prostoomuzyce.pl/planets-niezwykle-polaczenie-muzyki-baletu-i-lyzwiarstwa

Władysław Rokiciński: Czy uprawiała Pani, albo uprawia, jazdę figurową na lodzie?

Barbara Willis Sweete: Nigdy nie uprawiałam jazdy figurowej na lodzie, a także nigdy nie zajmowałam się tańcem, czy pływaniem synchronicznym. Ale kocham muzykę – szczególnie klasyczną – i studiowałam ją zarówno formalnie, jak i dla przyjemności, przez całe życie. Zawsze miałam skłonność do wizualizowania muzyki w wyobraźni, kiedy jej słucham, łatwo więc Pan zrozumie, jak wielka była moja radość ze współpracy z choreografami, tancerzami i łyżwiarzami. Są to ludzie tak bardzo biegli w czynieniu muzyki widzialną – poprzez ruch. Można by powiedzieć, że oni widzą muzykę i słyszą stworzone do niej obrazy.

Kiedy doceniła Pani w pełni jazdę figurową jako formę zobrazowania muzyki?

To trwało jakiś czas. Przychodząc do filmu ze świata muzyki klasycznej i tańca, zanim jeszcze zaczęłam pracę nad „The Planets”, traktowałam jazdę figurową trochę z góry. Doceniałam ją jako spektakl i jako dyscyplinę sportową, ale myślałam, że sporo jej brakuje do wyrafinowanej i ekspresyjnej formy sztuki. Ale poprzez pracę nad tym projektem, szybko odkryłam, że jazda figurowa na lodzie jest czymś bardzo ekspresyjnym i artystycznym, zwłaszcza jeśli czerpie swoją siłę z wielkiej muzyki i wyobraźni interpretacyjnej tak znakomitych choreografów, jak Lar Lubovitch i Doug Varone. Kiedy tylko otrzymałam taką możliwość, zakochałam się w tempie, niebezpieczeństwach, liryzmie i „nieważkości” łyżwiarstwa.

Co zmieniło się, od czasu premiery „The Planets”, w podejściu do jazdy figurowej na lodzie jako już nie tylko dziedziny sportu, ale i sztuki?

Jak Pan wie, premiera „The Planets” miała miejsce ponad dwadzieścia lat temu. Od tego czasu choreografowie pracujący dla łyżwiarzy i muzyka towarzysząca ich występom są coraz bardziej cenionymi, kluczowymi elementami dla tej dziedziny sztuki. Para łyżwiarzy figurowych Torvill i Dean, a także solista Toller Cranston, odegrali pionierskie role w tej zmianie podejścia.

Moje łyżwiarskie doświadczenia są także żadne. Mimo to, o dziwo, zawsze miałem szczery podziw dla łyżwiarstwa figurowego. W pierwszej połowie mojego życia obejrzałem całe mnóstwo transmisji telewizyjnych z mistrzostw świata i Europy, a także igrzysk olimpijskich. Wciąż pamiętam i potrafię wymienić nazwiska wielu łyżwiarzy z tamtych czasów. Dotyczy to także Pani solistów: Paula i Isabelle Duchesnay oraz Briana Orsera. Byli mistrzami w swoim czasie. Musieli być dla Pani raczej oczywistym wyborem?

Skontaktowała się ze mną IMG (International Management Group), firma reprezentująca Paula, Isabelle i Briana, z propozycją zrobienia filmu telewizyjnego o nich. Natychmiast zainteresowała się tym także CBC (Canadian Broadcasting Corporation) – nawet jeszcze zanim opracowaliśmy koncepcję – bo tak sławni i popularni byli ci łyżwiarze. Moim zawodowym zapleczem były filmy dotyczące muzyki i tańca. A moje uznanie dla łyżwiarstwa figurowego zaczęło rosnąć właśnie wtedy, kiedy prowadziłam rozpoznanie tematu i pracowałam nad wspomnianym projektem.

Planety” są siedmioczęściową suitą orkiestrową, którą Gustaw Holst skomponował podczas I wojny światowej, pomiędzy 1914 i 1916 rokiem. Uważa się, że korzenie utworu tkwią w astrologii. Czy Pani też tak myśli?

Analizowałam zarówno opcję astrologiczną, jak i astronomiczno-mitologiczną – wszelkie ponad muzyczne powiązania, które mogły doprowadzić mnie do fabuły, metafor lub koncepcji, wokół której mogłabym zbudować tę archetypową historię.

Zmieniłam porządek części ze względu na fabułę, biorąc pod uwagę podtytuły, jakie Holst nadał każdej z nich, charakterystykę każdej z planet w astronomii ORAZ cechy astrologiczno-mitologiczne każdego z bogów.

Neptun (oryginalnie część 7) jest pierwszy, ponieważ wyobraziłam sobie mitologiczne rodzeństwo (Paul i Isabelle) jako zrodzonych z wody (pływanie synchroniczne w świecie Neptuna).

Uran znalazł się na drugim miejscu (oryginalnie jest to część 6), ponieważ reprezentuje sobą maga. Wyobraziłam sobie, że używa siły swojej magii, by przemienić parę, która tańczy pod wodą, w łyżwiarzy i uczynić ich wolnymi do życia na lodzie.

Mars to w suicie część 1, to bóg wojny, a muzyka przypisana mu jest tak gwałtowna i dramatyczna, że poczułam, iż musi być punktem kulminacyjnym historii dziejącej się na lodzie. Dlatego ustawiłam tę część jako piątą (spośród siedmiu).

Saturn to uzdrowienie i ponowne narodziny duchowości po zniszczeniach, których dokonał Mars.

Umieściłam Jowisza jako ostatniego (w oryginale to część 4), ponieważ pomysł, nastrój i struktura tej części daje wrażenie świętowania i spektaklu.

Jest to oczywiście zaledwie przypuszczenie z mojej strony, ale myślę, że „Planety” nie zostałyby skomponowane, gdyby nie wojna. Przemoc, szaleństwo i zniszczenie, które zalały Europę, musiały wywołać rozpacz i dezorientację wśród ludzi. W Pani filmie nawet Mars, bóg wojny, wydaje się być przerażony tym, co dzieje się na jego oczach. Jest to część spektaklu, która poruszyła mnie najbardziej. Nigdy nie zapomnę przerażającego stukotu maszerujących wojowników.

W mojej pracy nad filmem właściwie tylko reagowałam na muzykę – na jej dźwięk, nastrój i strukturę, dodając świadomość tego, że Mars to bóg wojny. Ale nie mam wątpliwości, że sytuacja wtedy w świecie miała duży wpływ na komponowanie muzyki przez Holsta.

Odnośnie realizacji filmu, wszystkich tych praktycznych rzeczy, które mają bezpośredni wpływ na jego kształt artystyczny oraz strukturę, co było głównym tematem, głównym wyzwaniem dla Pani?

Musieliśmy zaprojektować i wybudować lodowisko, parkiet taneczny i basen, wszystko to w obrębie tej samej przestrzeni. Powietrze musiało być dostatecznie ciepłe dla tancerzy i pływaków, będąc jednocześnie wystarczająco zimnym ze względu na lodowisko oraz łyżwiarzy. Cała sceneria została umieszczona w gigantycznym, nieużywanym już magazynie stoczniowym w porcie w Toronto, akurat gdy luty był w mieście rekordowo mroźny. Do chodzenia po lodzie używaliśmy butów służących do gry w broomball. Buty miały kołki, żebyśmy się nie ślizgali, ale stopy bardzo nam marzły, kiedy musieliśmy godzinami stać na lodzie.

Jak umieściłaby Pani „The Planets” na tle całej Pani filmografii, czy film ten jest dla Pani ważny?

„The Planets” były dla mnie ważnym przełomem. Film był ambitny, kosztowny i skomplikowany logistycznie. Prezentował muzykę klasyczną, będąc jednocześnie projektem dość komercyjnym. Przyciągał raczej szeroką widownię, ponieważ przemawiał do miłośników muzyki klasycznej, sportu i łyżwiarstwa figurowego. W tamtym czasie był dla mnie czymś dość nowym i otworzył wiele nowych możliwości.

Czy mogę, zanim się pożegnamy, zapytać: czy muzyka jest Pani planetą? Tak właśnie myślę, ale mogę się przecież mylić...

Tak, zdecydowanie może Pan powiedzieć, że ja pochodzę z planety Muzyka. Muzyka inspiruje wszystko, co robię w filmie, nawet jeśli widowisko nie jest o muzyce, czy też nie prezentuje muzyki. Jestem świadoma tego, że wszystkie moje twórcze idee biorą się z muzyki. Ona jest wszystkim dla mnie.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wywiad w języku angielskim można znaleźć TUTAJ

 

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów