Posłuchać Beethovena, pooglądać Malkovicha

Fot. Bruno Fidrych
Fot. Bruno Fidrych

OSKAR ŁAPETA: Chylę czoła przed Martinem Haselböckiem. Udało mu się to, co nie udało się przedtem ani Toscaniniemu, ani Furtwänglerowi, ani Beechamowi, ani nawet Gardinierowi. Sprawił, że miałem ciarki na plecach w Ósmej Symfonii Beethovena.

Zazwyczaj podchodzę do tego dzieła na zasadzie – „niech będzie”. Ale tym razem utwór, który miał być wstępem, okazał się prawie daniem głównym. Interpretacja Haselböcka była rześka, energiczna, a nastrój był od samego początku szampański. Rytmy były ostro i wyraziście akcentowane, wejścia blachy ostre, a dźwięk smyczków przejrzysty i klarowny. W całej interpretacji zachwycały solówki fagotu – miałem wrażenie, że te motoryczne pomrukiwanie wzięte są wprost z muzyki Prokofiewa. Orchester Wiener Akademie jest zżyta ze swoim szefem i reaguje na jego najlżejszy ruch. Gra przy tym z entuzjazmem i energią, której wiele innych zespołów mogłoby jej pozazdrościć.

W Ah! Perfidio poznaliśmy Marie Arnet. Gra orkiestry – zjawiskowa, ostra i dramatyczna. Poziom wokalny – również zjawiskowy. Aktorstwo – nieprzesadzone i w dobrym guście.

Ale prawdziwa kulminacja miała miejsce po przerwie, w bardzo rzadko wykonywanej muzyce scenicznej do Egmonta Goethego. Już uwertura, najbardziej popularna część, stanowiła ogromny kontrast do wszystkich innych znanych mi wykonań. Szybka, drapieżna i szalenie energiczna, wprowadziła element niepokoju i dramatyzmu. Zdziwił mnie trochę fakt, że John Malkovich recytował po angielsku, jednak szybko do tego przywykłem. Aktor przedstawił treść naiwnej i nieznośnie egzaltowanej sztuki Goethego prosto, bezpośrednio i bez patosu. Bardzo mu się to chwali. Łatwo wyobrazić sobie, że jakakolwiek przesada szybko zrujnowałaby ten utwór. Było jednak w tym wykonaniu kilka momentów, w których Malkovich najwyraźniej się zgubił. Raz zignorował wskazówkę dyrygenta, innym razem wszedł za wcześnie. Można nawet wyciągnąć wniosek, że nie do końca się przygotował. Orkiestra stanęła na wysokości zadania i przedstawiła dzieło z werwą, zaangażowaniem i entuzjazmem. Zaskoczyła mnie też jakość samej muzyki. Przyznam się, że spodziewałem się czegoś dużo gorszego, sztucznego uzupełnienia w stosunku do Ósmej. Muzyka do Egmonta jest świetna.

Największym minusem koncertu była niewątpliwie atmosfera. To, że część publiczności przyszła tylko po to, żeby się pokazać i pooglądać Malkovicha było niestety widać, słychać i czuć. Ale taki to już urok Wielkanocnego Festiwalu im. Ludwiga van Beethovena. 21. raz. Można się w sumie przyzwyczaić... Finał w Wielki Piątek!

 

Dodaj komentarz

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)

ZAMÓW PRENUMERATĘ