Tajemnica Jana A.P. Kaczmarka

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Przejechałam ponad 400 km z moich rodzinnych stron do miasta polskich emigrantów, by dowiedzieć się, dlaczego muzyka naszego oscarowego kompozytora przyciąga tłumy.

To paradoks, że na koncert organizowany przez Muzeum Emigracji w Gdyni nie chcą mnie wpuścić z walizką. Organizatorzy jednak szybko nadrabiają. Krótka wymiana zdań, próba sił – kto jest ważniejszy, kto więcej może „umówmy się, produkcja jest trochę wyżej niż koordynator wolontariuszy” i już, walizka zostaje w szatni, a ja mogę komfortowo wejść do Areny Gdynia na światową prapremierę Emigry – Symfonii bez końca. Janowi A. P. Kaczmarkowi trzeba zazdrościć rozmachu, wyobraźni, odwagi i… szczerości. Emigrant pełnej krwi – 27 lat w Los Angeles. Po amerykańsku szeroko się uśmiecha, opowiada pikantne anegdoty z początków swojej podróży. Ale tak naprawdę nikt z nas nie wie, ile kosztowało go zdobycie obecnej pozycji. A jest dziś: zdobywcą Oscara, kompozytorem muzyki filmowej, inspiratorem dla młodych artystów, twórcą festiwalu Transatlantyk i Instytutu Rozbitek, marką Jan A.P. Kaczmarek, która przyciąga tłumy, wyciska łzy, podnosi do stojących owacji.

– Odgadła Pani moją tajemnicę.
– Przecież Pan o niej cały czas mówi.

A jednak w dalszym ciągu wydaje mi się, że nie rozumiem fenomenu muzyki Jana A.P. Kaczmarka. A może tylko udaję, że nie rozumiem? W dalszym ciągu wydaje mi się mało odkrywcza, zbyt prosta, zbyt obnażająca najprostsze emocje we mnie. Słyszę nieskomplikowane melodie, minimalowe ostinata, zagrywki pod publiczkę (łzawe solo na skrzypcach czy 10 – słownie: dziesięć – miarowo grających zestawów perkusyjnych). Dzień wcześniej słuchałam wysublimowanego, do bólu precyzyjnego i chłodnego koncertu skrzypcowego Alana Berga w wykonaniu Linusa Rotha i orkiestry NFM. Nikt z wrocławskiej, imponującej formą i akustyką, sali koncertowej nie wychodził ze łzami w oczach. Muzyka Jana A.P. Kaczmarka niejedno oko zwilżyła. Widziałam.

Mnie samą utwór dotknął do żywego. Nie tylko dlatego, że został pięknie zagrany przez Polską Filharmonię Kameralną Sopot i dziesięciu specjalnie dobranych jazzowych perkusistów, zwizualizowany materiałami z Muzeum Emigracji. Kompozycja niby absolutna, nieprogramowa – co we wstępie zastrzegł Kaczmarek – cały czas opowiadała i każdym dźwiękiem wżerała się w głowę i serce. Uświadamiała, że wszyscy jesteśmy trochę emigrantami. Wyjeżdżamy z naszych miast, miasteczek, wchodzimy w nową rzeczywistość. Nie musimy nawet zmieniać kraju. Przeprowadzka do dużego miasta w poszukiwaniu „perspektyw” i „możliwości” jest fachowo nazywana migracją i traktowana jako ważne zjawisko społeczne, analizowana przez geografów i socjologów. W nowych miejscach musimy radzić sobie sami, musimy mierzyć się z rozczarowaniami albo z pokusami. I z tęsknotą. Nie tylko za rodziną. Za sklepikiem z bułkami, za kinem, do którego chodziliśmy na pierwsze filmy, za placem zabaw, szkołą podstawową, trzepakiem (to ci starsi z nas)… Rozczulam się? Może trochę za bardzo, wiem. Ale muzyka jest także po to, aby się rozczulać. I przeżywać, najlepiej tworząc wspólnotę, która tak bardzo potrzebna jest wtedy, gdy opuszczamy miejsca, w których się wychowaliśmy.

Zbliża się północ. W hotelowym foyer rozgrzewam się lampką wina i czekam na pociąg. W kilka godzin zawiezie mnie do miasta, do którego wyemigrowałam prawie… no, nieważne w sumie, ile dokładnie lat temu. Aż tyle, że o swoim rodzinnym mieście mówię już tylko, że stamtąd pochodzę.

Oceń zawartość: 

Średnio: 6.8 (9 głosów)