Tomasz Gołębiewski: Robię dobrą robotę dla Matki Filharmonii

fot. Katarzyna Skowronek

Pretekstem spotkania była płyta. Klasyka polskiej rozrywki. Hity Perfectu, Bajmu czy Czesława Niemena zaaranżowane przez Krzysztofa Herdzina na orkiestrę kameralną. Jednak z Tomaszem Gołębiewskim, skrzypkiem Filharmonii Łódzkiej i managarem Grohman Orchestra, nie da się porozmawiać na jeden temat. Zaczęliśmy więc od płyty, a skończyliśmy na… A zresztą – przeczytajcie.

Kinga A. Wojciechowska: Proszę wytłumaczyć się z wybranych na płytę utworów. Bo słucham i się gubię. Niektóre piosenki to rzeczywiście podróż sentymentalna. Inne są już kompletnie archaiczne, nawet dla mnie (rocznik 1978). Z drugiej strony na hasło klasyka rozrywki sama mam problem z określeniem, co nią jest, co ją najlepiej reprezentuje…

Tomasz Gołębiewski: Klasyka jest w tym miejscu kluczem do wszystkiego. Grohman Orchestra to klasyczny zespół na co dzień grający w Filharmonii. Część tych utworów to już też klasyka w historii polskiej estrady. Nasz finalny wybór powstał w ankiecie melomanów, którzy z 80 utworów wybrali 20, uznając je za największe hity. Co w tym miejscu oznacza archaiczne? Niemen, Fogg czy Skaldowie? Tak, to subiektywny zestaw wybrany przez ludzi, którzy bywają na koncertach i każdy z nich ma inny gust co sprawia, że ta paleta jest tak szeroka.

Dla kogo właściwie jest ta płyta?

Głównie dla miłośników MELODII. Obserwując naszą koncertową publiczność widać, że oczywiście 45+ zna te melodie z czasów swojej młodości, zaś młodzież, której też to się podoba, kupuje płyty dla rodziców. Widać też z komentarzy na temat płyty, że chętnie słuchają jej mamy z dziećmi na ich wyraźne życzenie. Czyżby materiał dla każdego? Tak.

Projekt powstawał dwa lata. Dlaczego tak uparcie chciał go Pan zrealizować? Dlaczego standardy rozrywki, a nie zupełnie nowa muzyka lub dzieła muzyki dawnej?

Podskórnie czułem, że to będzie bardzo przyjazne zestawienie. Jestem muzykiem tzw. klasycznym, ale nigdy nie uciekałem od spotkań z jazzem, rapem czy wręcz popem. Dzięki temu poznałem tylu wspaniałych muzyków! Johann Strauss, który stał się powodem założenia Orkiestry, też grał muzykę rozrywkową, więc myślę, że to tylko rozszerzenie naszego repertuaru. Z mojego punktu widzenia zupełnie naturalne. Dwa lata wydają się długim czasem, ale to kwestia doświadczeń, których nabrałem przez lata. Po pierwsze, nie popędzałem Krzysztofa [Herdzina] zbytnio, po to, żeby stworzył sobie własną koncepcję, co zaowocowało spójną i mieniącą się wieloma barwami całością. Po drugie, postanowiłem przed wejściem do studia, ograć materiał koncertowo. Od momentu premiery do nagrania minęło wiele czasu, kiedy graliśmy tę muzykę szlifując myśli wykonawcze. Część reakcji publiczności też miała na to wpływ. Dwa lata ewolucji i dojrzewania! To chyba szybko nam poszło.

Jest Pan skrzypkiem Filharmonii Łódzkiej. Trudne jest dziś życie muzyka klasycznego?

Zastanawiam się w tym momencie, jak to było przez te ostatnie 30 lat, kiedy pracuję w Filharmonii? Zawsze są tacy, którzy będą narzekać, że źle, że słabo. No ja jestem urodzonym optymistą, więc staram się, żeby mieć satysfakcję z tego, co robię, żeby od czasu do czasu poczuć się twórcą, a nie tylko odtwórcą. Ogólnie dużo robię, krążąc wokół muzyki, więc nie narzekam. No NIE.

fot. Katarzyna Skowronek

Pytam o to, bo ciągle rozmawiamy w tzw. środowisku o popularyzacji muzyki klasycznej, o konieczności „edukowania” publiczności, „bo jej zabraknie”. Chyba żaden inny gatunek muzyki nie ma tak dobrze zorganizowanego wojska. Dlaczego właściwie klasykom tak trudno się odnaleźć w dzisiejszym świecie? A może źle stawiamy pytania?

Myślę, że nasz projekt – klasyka polskiej rozrywki jest idealnym projektem edukacyjnym. Pośrednio robię też dobrą robotę dla Matki Filharmonii, opowiadając o muzyce klasycznej zawartej w tkance każdego aranżu. Ludzie podchodzą po koncertach i pytają co byśmy polecili z koncertów filharmonicznych (to każe mi zerkać na repertuar zespołów, które grają lokalnie w miejscach, gdzie my jesteśmy gośćmi). Muszę też przyznać, że wielu ludzi kupuje po kilka naszych płyt po to, żeby podarować je znajomym „bo to takie fajne zestawienie Filharmonii i rozrywkowej estrady”. Czego chcieć więcej? Idealna sytuacja – promowanie przez prywatny zespół działań instytucjonalnych. Klasykom z Grohman Orchestra udało się odnaleźć w tym dzisiejszym zawiłym świecie.

Jest Pan także managerem, swój prowadzi Pan impresariat artystyczny od 1996 roku. Do czego to Panu potrzebne?

Dawniej to była potrzeba ogarnięcia działań Rubinstein Quartet (wysyłanie faksów, bo nie było komputerów w każdym domu) a dzisiaj…no lubię to. I ta działalność pozwala mi też patrzeć szeroko na problemy muzyków. Znam dość dobrze rynek, mam pojęcie o stawkach i honorariach, o wymaganiach wielu artystów, co oznacza, że nie dam sobie pewnych rzeczy wmówić, bo znam realia. Najczęściej nie wchodzę w dyskusje, ale wkurzam się nie raz na decyzje „dużo orkiestrowe”, na wielokrotnie wygórowane oczekiwania, na torpedowanie działań związanych z promocją itd. itp.

fot. Marcin Stępień

Wielu artystów wręcz skarży mi się na brak dobrych managerów, na to, że wszystko muszą robić sami, produkować swoje płyty, organizować sobie koncerty, zabiegać o recenzje, kontaktować się z dziennikarzami… Zauważono już ten problem, ale w ramach rozwiązania młodych muzyków uczy się, jak być one man show. Coś jest nie tak… Czy wie Pan, co?

Sam załatwiam koncerty GO, czyli to prawda, co Pani mówi. Wytłumaczenie jest proste. Nie jesteśmy super popularnymi gwiazdami, których piosenek słucha się w każdym komercyjnym radio. Z naszych koncertów menadżer, stosując stare zasady 10 % prowizji, może zarobić kilkaset złotych, a droga przez mękę rozmów z Centrami Kultury, z działami programowymi i impresariatami Filharmonicznymi nie daje satysfakcji z zarobionych w ten sposób pieniędzmi. Trzeba samemu. Ale czy to się zmieniło jakoś przez ostatnie 100 lat? Zawsze szukało się mecenasów, szefów biznesów, którzy zechcieliby artystę wesprzeć w jego twórczym działaniu. Dzisiaj jest tak samo. Nie wystarczy mieć dobry produkt, trzeba mieć marketing. Super, że zaczynają tego uczyć w szkołach i że można się tego nauczyć za darmo. Ja zaś zapłaciłem sporo z własnej kieszeni, żeby dokształcić się na renomowanej uczelni w kwestiach tzw. menadżerki.

A jak się pracuje z Grohman Orchestra? Zespół indywidualności – jak zawsze w przypadku artystów. A szefem jest muzyk. Spodziewam się mieszanki wybuchowej…

To cudowna idealnie dobrana gromada. Mamy takie zdjęcie na zielonej trawie, gdzie wszyscy są serdecznie uśmiechnięci. Zadał mi ktoś pytanie, jak to możliwe! Odpowiednia atmosfera, motywacja, trochę trawy no i jest! Od samego początku istnienia Grohman Orchestra postawiłem na jedność, na poczucie tworzenia czegoś wyjątkowego, na szerokie myślenie o zespole jako fantastycznej wspólnocie z jednym określonym celem - dobrze grać i dawać innym radość. To zaowocowało tym, że po prostu się LUBIMY, a to natychmiast widać w reakcjach publiczności na koncertach. Cieszę się, że gramy razem. GO! GO! GO!

Jakie plany na przyszłość ma manager zespołu?

Powoli dotrzemy z naszą muzyką do najbardziej oddalonych zakątków naszego kraju, cała Polska będzie nucić melodie, które są klasyką. Od Vivaldiego do Lombard, od Bacha do Perfect, od Straussa do Maanam, przez Dżem do Czajkowskiego. Czy w dzisiejszym świecie zalatania i komercji to nie jest przepiękne przesłanie do działań?

Komentarze

Bravo

Bravo

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)