Zbrodnia wyjaśniona [„Rzekoma ogrodniczka” na scenie Opery Śląskiej]

fot. Krzysztof Bieliński

KS. ADRIAN NOWAK: Sobotni wieczór (16 czerwca) w Bytomiu obfitował we wspaniałą muzykę Wolfganga Amadeusza Mozarta. Od kilku dni na portalach społecznościowych Opery Śląskiej zadawano pytanie, kto zabił? Brzmiało groźnie, na szczęście jak łatwo się spodziewać była to tylko świetnie przeprowadzona akcja reklamowa najnowszej premiery. Przyzwyczaja nas powoli Opera Śląska do tego, że kończy sezon albo premierą, albo przynajmniej wznowieniem jakiegoś dzieła z przed lat.

„La finta giardiniera” młodego, bo zaledwie 18 letniego Mozarta znów zachwyciła śląską publiczność, która wypełniła widownię po brzegi. Dawno zresztą Mozart nie gościł w Bytomiu, więc nie dziwi, że publiczność była już stęskniona za dziełami tegoż kompozytora. Nie zawiódł się nikt, kto ten wieczór postanowił spędzić w operze, a nie przed telewizorem oglądając kolejny mecz mistrzostw świata. Już na wejściu gości spotkała miła niespodzianka, poczęstunek słynnymi austriackimi Mozartkugeln osłodził klimat jeszcze przed spektaklem. Jedno co mocno rzuciło mi się w oczy to fakt, że Opera Śląska ma spore grono wiernych fanów. Klimat przed spektaklem stawał się coraz bardziej rodzinny. Wiele osób znających się „z widzenia” z innych wydarzeń artystycznych pozdrawiało się z daleka tworząc jedną rodzinę operową. Bardzo miłe uczucie potwierdzające jak bardzo muzyka potrafi łączyć.

Wspaniała muzyka Mozarta, tak miła przecież dla ucha, od samego początku wciągnęła wszystkich słuchaczy. Bassem Akkiki jak zawsze rewelacyjnie panujący nad orkiestrą wydobył z Mozarta kwintesencję brzmień, a dzieło to nie jest w żaden sposób łatwe muzycznie. Myli się ten, kto twierdzi, że opery młodego Wolfganga Amadeusza to wprawki młodego kompozytora. O nie… To dzieła w pełni dojrzałe pod każdym względem. Tak pisze geniusz, ale co do Mozarta chyba nikt nie ma wątpliwości, że geniuszem był.

Zachwyca w bytomskim spektaklu praktycznie wszystko. Od pięknej scenografii, przez świetną grę aktorską. Trzeba tu wspomnieć, że przedstawienie to powstało w kooperacji z Akademią Muzyczną w Katowicach. Obok znanych solistów Opery Śląskiej na scenie stanęli studenci tejże akademii i co ciekawe, w niczym nie odbiegali poziomem od wytrawnych i sprawdzonych w boju śpiewaków. Udało mi się w przerwie i po spektaklu zamienić kilka zdań z solistami opery, którzy z nieskrywanym podziwem wypowiadali się o przygotowaniu studentów Akademii Muzycznej. Kolejna rzecz, która cieszy. Podobne zabiegi znane są na świecie. W La Scali normalną rzeczą jest fakt, że studenci zapraszani są do zaśpiewania z wielkimi gwiazdami, często także grając główne role. Jak widać Opera Śląska mocno podnosi poziom do skali europejskiej, co również bardzo cieszy mnie jako miłośnika tej sceny.


fot. Krzysztof Bieliński

W roli tytułowej „rzekomej ogrodniczki” zobaczyliśmy rewelacyjną Ewę Majcherczyk, która śpiewając nieraz nieziemsko trudne partie wokalne sprawiała wrażenie jakby się świetnie przy tym bawiła. I tutaj mocno należy podkreślić ciągłą ewolucję tegoż głosu. Ewa Majcherczyk w każdym spektaklu udowadnia swój europejski poziom. Barwa i koloratura głosu to jej atuty, z których korzysta z niewiarygodną wręcz swobodą. Biorąc pod uwagę, że jest to opera komiczna, połączenie tychże umiejętności ze świetną grą aktorską stawia ten młody jeszcze przecież sopran w ścisłej czołówce. Z wielką przyjemnością słucha się pani Ewy wspinającej się głosem na wysokości nieosiągalne dla zwykłego śmiertelnika, a gdy trzeba modulującą swobodnie głosem w pianach utrzymując dźwięk w krystalicznej czystości. Nie ukrywam, że po obejrzeniu pani Ewy w równie wspaniałej dramatycznej kreacji w spektaklu „Romeo i Julia” byłem ciekaw jak poradzi sobie z rolą komiczną. Po prostu zachwyt. I to nie tylko mój, ale także wielu osób, z którymi udało mi się porozmawiać po spektaklu.

Godnym partnerem „rzekomej ogrodniczki” był Tomasz Tracz jako hrabia Belfiore. Co ciekawe, gra on tę rolę we wszystkich obsadach, co wymaga nieprawdopodobnej siły. Jednak głos Pana Tomasza brzmi mocno i pewnie, wyróżniając się szczególnie w scenach zbiorowych. Jedną z najbardziej chyba komicznych postaci jest Ramiro, w obsadzie premierowej grany przez Annę Borucką. W zamyśle reżyserskim przebrana za Sherlocka Holmesa wywołuje uśmiech, gdy tylko pojawia się na scenie. Jednak to nie jej jedyny argument. Ten mezzosopran na stale pracujący w Operze Śląskiej jest niewątpliwie jednym z jej wiodących głosów. Jest to głos świetnie przygotowanym do każdej roli, zarówno do Straussa (Baron Cygański) jak i tutaj w operze komicznej Mozarta, wymagającej zarówno wielkich umiejętności głosowych jak i aktorskich, co Annie Boruckiej nie sprawie większej różnicy. Przynajmniej tak brzmi to dla słuchaczy.

Cały ten spektakl jest wielkim sukcesem, kolejnym sukcesem – co warto podkreślić – opery bytomskiej. Od dłuższego czasu, każda produkcja w tym teatrze zachwyca, mimo skromnych możliwości scenicznych, jakimi dysponuje teatr. Cieszy więc fakt, że już w następnym sezonie scena ta zostanie gruntownie przebudowana, co przy pomysłach realizacyjnych dyrektora Łukasza Goika otworzy świat opery śląskiej publiczności na jeszcze wyższy poziom.

Tradycyjnie już, po spektaklu wieńczącym sezon artystyczny wręczono honorowe statuetki dla przyjaciół Opery Śląskiej. To między innymi dzięki nim teatr ten funkcjonuje na tak wysokim poziomie. Czekamy już na nowy sezon, który zgodnie z zapowiedzią Dyrektora rozpocznie się kolejną premierą, o której niewątpliwie napiszemy.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów