Ryzyko? Opłaca się. Czyli o podwójnej inauguracji XVII Śląskiej Jesieni Gitarowej

Brasil Gitar Duo, fot: mat. pras. MCK Tychy

Budzisz się rano w hotelu. Za ścianą już ktoś ćwiczy. Subtelne dźwięki gitary docierają prawie ze wszystkich stron. Dzień dobry, witamy w Tychach, w gitarowym raju. [uwaga, tekst długi, zaparz sobie kawę, cały kubek]

Siła idei

21 października rozpoczął się XVII Festiwal Śląska Jesień Gitarowa. Biennale organizowane od 32 lat. Swoją drogą ciekawy przykład, jak silna potrafi być idea. Oto Czesław Grabowski, kompozytor, dyrygent i od ponad 30 lat dyrektor Filharmonii Zielonogórskiej, rzuca pomysł zorganizowania festiwalu i konkursu gitarowego w Tychach. Jan Edmund Jurkowski, profesor akademii muzycznej w Katowicach także o tym myślał. Mając wsparcie przyjaciela, Czesława Grabowskiego, akceptację władz, środowiska – pomysł realizuje wraz z Janem Kulbickim, ówczesnym dyrektorem Wydziału Kultury w Tychach. Organizują pierwszą Śląską Jesień Gitarową. Poziom kosmiczny, zarówno konkursu, jak i festiwalu. Wśród wykonawców: Jerzy Koenig, Wanda Palacz, Leszek Potasiński, Andrzej Mokry, Jacek Wyszomirski i Dariusz Domański z Polski, Ildefonso Acosta z Kuby, Wulfin Lieske i Sonja Prunbauer z RFN, László Szendrey-Karper, Karola Agai, Peter Tornai, Ferencz Fodor, József Papp i Anna Kertesz z Węgier, Costas Cotsiolis z Grecji, Vladislav Bláha z Czechosłowacji, Gregory Newton z USA, Monika Rost z NRD. Nagrodzeni – Nicola Hall z Wielkiej Brytanií, drugą József Eőtvős z Węgier, trzecią Tomasz Spaliński – z klasy Jana Edmunda Jurkowskiego. Wyróżnienia zdobyli: Jacek Dulikowski z Łodzi, Krzysztof Lal z klasy Jana Edmunda Jurkowskiego i Krzysztof Pełech z Wrocławia. Dziś to znani artyści światowej klasy i ciągle związani ze Śląską Jesienią Gitarową. Jak choćby József Eőtvős, który w tym roku jest w jury konkursu.

Do tego wystawa "Muzyka w malarstwie", do której prace wyłoniono w konkursie pod przewodnictwem Jerzego Dudy-Gracza.

Dlaczego o tym piszę? Jan Edmund Jurkowski zmarł między drugą a trzecią edycją. Pałeczkę po nim przejęła jego uczennica, dziś pani profesor, Alina Gruszka. Idea, pomysł, realizacja pierwszego festiwalu były tak dobre, że jedyne, co mogła zrobić, to kontynuować dzieło. I przez prawie 30 lat robiła to z zaangażowaniem i oddaniem, ani na moment nie odpuszczając – sobie i wykonawcom. W Tychach grali najlepsi. I z Tychów wychodzili najlepsi. Konkurs – od drugiej edycji po dziś dzień noszący imię twórcy wydarzenia – to trampolina sukcesu dla młodych gitarzystów.

Dwa lata temu pałeczkę w sztafecie przejął od profesor Aliny Gruszki jej uczeń – dr hab. Marek Nosal (tuż przed festiwalem rozmawiałam z nim TUTAJ). On także nie odpuszcza. Festiwal pod jego przewodem ma wzrastać, nie zmieniać oblicza, ale rozwijać się.


Brasil Guitar Duo i Marek Moś, w tle - orkiestra AUKSO, fot: mat. pras. MCK Tychy

Preludium w samo południe

No i mieliśmy na to pierwszy dowód. Podczas inauguracji XVII Śląskiej Jesieni Gitarowej. Wystartowała nie w Tychach, ale w NOSPR, koncertem w samo południe. Katowicka orkiestra towarzyszyła dwóm pierwszoligowym gitarzystom – Łukaszowi Kuropaczewskiemu i Marcinowi Dylli. Świetny program, w tym utwór „Arioso e furioso”, napisany przez Mikołaja Góreckiego cztery lata temu na zamówienie Festiwalu, ponownie w wykonaniu Kuropaczewskiego. Kompozycja w pierwszej części śpiewna, w drugiej – wirtuozowska, w całości – piękna, nieoczywista, rozgrywająca się na wielu płaszczyznach. Solista w doskonałym dialogu z orkiestrą pięknie zinterpretował wszystkie subtelności partytury. Kto przegapił koncert – ma szansę posłuchać utworu na płycie wydanej przez Miejskie Centrum Kultury w Tychach – organizatora festiwalu. Na marginesie – płytę polecam także z uwagi na pozostałe kompozycje, m.in. Marcina Błażewicza i pozostałych wykonawców, m.in. Jakuba Kościuszkę.

Po muzycznej przerwie w postaci utworu orkiestrowego (Joaquin Rodrigo – Música para un jardín, zespół NOSPR pod batutą Szymona Bywalca) – na estradzie Marcin Dylla i Manuel Ponce – Concierto del sur. I znów – pokaz mistrzowskich umiejętności zarówno gitarzysty, jak i orkiestry. Utwór napisany dla znakomitego Andrésa Segovii do łatwych nie należy, choć po Dylli wysiłku nie było widać. Grał, jakby to dla niego ten utwór skomponowano. Ale taki to już artysta – bezkompromisowy, zdolny, odważny.


Koncertowi w Tychach towarzyszyły wizualizacje. Element tyleż ładny, co - wyjątkowo - zbędny. fot: mat. pras. MCK Tychy

Kto nie ryzykuje, nie pije szampana…

Czy można chcieć więcej? Organizatorzy doszli do wniosku, że tak, bo tego samego wieczoru odbyła się jeszcze jedna inauguracja – oficjalna, z przemowami, podziękowaniami i ważnymi gośćmi. Od czterech lat gospodarzem festiwalu jest AUKSO Orkiestra Kameralna Miasta Tychy i jej założyciel – Marek Moś, a miejscem – Mediateka XXI wieku. I tu słuchaliśmy koncertu-wizytówki.

Dyrektor artystyczny Marek Nosal mówi, że na festiwalu usłyszymy gitarę we wszystkich barwach i odsłonach, na najwyższym poziomie. Tego wieczoru mieliśmy odważną realizację tej deklaracji.

Choć na stronie internetowej i w programie Śląskiej Jesieni Gitarowej znajdujemy tylko informację o dwóch prawykonaniach utworów napisanych na zamówienie festiwalu, to wieczór obfitował także w inne atrakcje. Swoiste fajerwerki, które wraz z kompozycjami Marka Pasiecznego i Clarice Assad miały stworzyć klimat koncertu polskiego. Stulecie odzyskania niepodległości implikuje różne ciekawe pomysły artystyczne. I to był jeden z nich. Na początek więc „Trzy utwory w dawnym stylu na orkiestrę smyczkową” H.M. Góreckiego, napisane przez kompozytora w odpowiedzi na zarzut ówczesnego szefa PWM, że „Górecki nie potrafi pisać melodii”. Górecki udowodnił, że owszem, potrafi. Dodatkowo był to moment w życiu artysty, gdy upraszał i porządkował swój język muzyczny. Kompozycja więc nader udana, piękna i wykonana przez AUKSO z dbałością o każdy kolorystyczny detal.


Marek Pasieczny, fot: mat. pras. MCK Tychy

Po Góreckim – Pasieczny. We własnej osobie, we własnej kompozycji - Koncercie na gitarę i orkiestrę smyczkową. Pięknej, ostinatowej, nieoczywistej, choć w oczywisty sposób – czego artysta nie krył – inspirowanej twórczością Wojciecha Kilara i jego I koncertem fortepianowym. Kto zna motorykę tego koncertu, może sobie wyobrazić wewnętrzne rozdygotanie publiczności podczas wykonania koncertu Pasiecznego. „To byłam ja w tym utworze” – usłyszałam w przerwie od słuchaczki. I myślę, że w wielu z nas ten utwór zostanie na długo. Ja dodatkowo cieszyłam się, że koncert gitarowy napisał człowiek, który jest jednocześnie wybitnym gitarzystą. Dzięki temu gitara była w ciągłym dialogu z orkiestrą, która nie przykrywała wolumenem dźwięków instrumentu solowego, co przy konstrukcji tego utworu miało duże znaczenie, bo tu – podobnie jak u Kilara – każdy dźwięk był ważny, musiał wybrzmieć z odpowiednią mocą i w odpowiednim momencie.

Skoro relacja i tak jest długa, przytoczę jeszcze osobisty komentarz Marka Pasiecznego do utworu: 

W 1948 r. Dymitr Szostakowicz ukończył swój pierwszy Koncert Skrzypcowy. Pierwsza część tego koncertu, to hołd angielskiemu kompozytorowi Edwardowi Elgarowi i jego Koncertowi Wiolonczelowemu (krótko po premierze koncert Elgara stał się przełomową kompozycją w repertuarze wiolonczelowym). Pierwsza część Koncertu Szostakowicza to Nokturn („Nocturne – Moderato”).

Mój koncert to również hołd. Hołd pamięci dla polskiego, śląskiego kompozytora Wojciecha Kilara. Zainspirowany historią Szostakowicza postanowiłem rozpocząć mój nowy koncert częścią właśnie w formie nokturnu: „Nocturne – Andante Con Moto”. Natchnieniem dla mnie był Koncert Fortepianowy Wojciecha Kilara z 1997 roku (horyzontalna, a nie wertykalna struktura harmoniczna długich dźwięków w kwintecie plus technika arpeggio w partii solisty – u Kilara – fortepian, u mnie gitara).

Druga część (attaca, przechodząca płynnie z części pierwszej) to „Ostinato (Psalm) : Adagio – Allegro Moderato – Adagio”. Religijny, wręcz chóralny, ostinatowy charakter z wciąż powtarzającym się tematem w formie psalmu (wiara i katolicyzm były niezwykle ważnym elementem życia i twórczości Wojciecha Kilara).

Pomysł na formę i energię trzeciej części przyniósł mi inny minimalista – amerykański kompozytor John Adams (jego trzecia część Koncertu Skrzypcowego). Mój finał Koncertu to „Toccare: Vivace Ardentemente” w formie toccaty (od wł. toccare – uderzać). Swoisty muzyczny pojedynek pomiędzy solistą a orkiestrą. W stylu minimalizmu, w którym Wojciech Kilar był mistrzem.

Przerwa na opanowanie emocji i druga część, podczas której najpierw AUKSO uraczyła nas "Suitą staropolską" Andrzeja Panufnika. Absolutny majstersztyk. Oto kompozytor wyciąga tabulatury staropolskich tańców – cenara, wyrwanego i hayduka, przedziela je przegrywkami o charakterze chorałowym (nazywając je zresztą później Interludium i Chorał) i tworzy suitę, która nie jest XX-wiecznym awangardowym przetworzeniem dawnych kompozycji. Panufnik dokonuje tylko kosmetycznych zmian, a to w tonacji, a to nieznacznie w melodii, dodaje jakiś głos lub uzupełnia oryginalne partytury. Bawi się też dynamiką – tu orkiestra zagra ciszej, tam głośniej. Panufnik oddaje więc ducha dawnych czasów, retuszując utwory tak, że brzmią na wskroś współcześnie, ale z całym pięknem barokowego stylu. Perła! No i AUKSO tę perłę jeszcze nam dodatkowo wypolerowała…


Clarice Assad i Douglas Lora, fot: mat. pras. MCK Tychy

Tak przygotowani mamy słuchać kompozycji Clarice Assad.

Brazylijka, nominowana do Grammy kompozytorka, pedagog, pianistka. Jej utwory grali np. wiolonczelista Yo-Yo Ma czy perkusistka Evelyn Glennie. Jej utwory wykonywane były w Carnegie Hall czy Lincoln Center. Jej utwory wydawały takie wytwórnie jak Sony czy CHANDOS. Scenę dzieliła z Bobbym McFerrinem, Anatem Cohenem, Nadią Sirotą. Jej ojciec i wujek tworzą najsłynniejszy duet gitarowy świata Assad Brothers.

Spodziewamy się więc najlepszego. Szczególnie, że apetyt zaostrza dyrektor Śląskiej Jesieni Gitarowej, opowiadając przed koncertem o swoim osobistym zaangażowaniu w kompozycję Clarice. Chciał, aby inspiracją dla jej koncertu była muzyka polska. I żeby nie był to Chopin. Clarice odkrywa muzykę Podhala, która daje podwaliny nowemu koncertowi. Do wykonania zaprasza Brasil Guitar Duo. Zna ich, to godni następcy Braci Assad. Clarice zna ich możliwości, pisze koncert dla nich. Wie, że poradzą sobie z każdą rafą. Pisze Koncert na dwie gitary i orkiestrę smyczkową…

...którego nie rozumiem. W pierwszej i drugiej części gubię wątek, słucham na siłę, męczę się potwornie. Gdy już tracę nadzieję, że spotka mnie tu jeszcze coś miłego – nagle – część trzecia. Jakby nowy utwór. Czytelny, jasny, piękny, soczysty, mocny. W pierwszej i drugiej części inspiracje polską góralszczyzną delikatne albo żadne, jakby Clarice podchodziła do charakterystycznych harmonii i kwint równoległych jak pies do jeża. Wszelkie blokady mijają w części trzeciej, w której nasz folklor rozkwita. I nie jest to banalne przełożenie jakichś zbójnickich czy juhaskich tańców na język brazylijskiego jazzu, w którym specjalizuje się Clarice Assad. Czuć tu ducha naszych gór, a kompozytorka znajduje przy tym wszystkie punkty wspólne z jej rodzimym folklorem. Genialne. Ale dalej nie rozumiem części pierwszej i drugiej, które w kontekście tej ostatniej wydają mi się całkowicie zbędne.

Ale taki jest właśnie urok i ryzyko prawykonań. I cała odwaga dyrektora artystycznego, który nie boi się eksperymentów. To dotyka zresztą świata sztuki od zawsze. Z tym samym wyzwaniem mierzyli się przysłowiowi Beethoven, Mozart i Bach. Utwory, które dziś należą do kategorii arcydzieł, były podczas swoich prawykonań wyśmiewane, wygwizdywane, wywoływały nawet zamieszki – jak kompozycje Igora Strawińskiego czy Albana Berga.

Sprawdzę swoje wrażenia po ponownym odsłuchaniu koncertu Clarice Assad, pewnie już za dwa lata, gdy tradycyjnie ukaże się płyta z nagraniem. A może w międzyczasie ktoś zdecyduje się zagrać ten utwór na żywo?

Ale to jeszcze nie koniec. Aby dopełnić ten polski wieczór, AUKSO gra "Orawę" Wojciecha Kilara, który twierdził, że nie zmieniłby w nim ani jednej nuty. Polecam słuchanie "Orawy" na żywo. Co tam się wyprawia na tej estradzie! Najpierw pojedyncze instrumenty, różne melodie, różne rytmy, potem wchodzą kolejne smyczki, kompozytor bawi się nimi, splata, zwalnia, przyspiesza, wycisza lub każe grać fortissimo. Mistrz detalu, Marek Moś prowadzi swoją orkiestrę przez utwór przyjaciela zdecydowanie i z taką mocą, że zaczynam liczyć muzyków w orkiestrze. A gdy okazuje się, że jest ich naprawdę tylko 22, zastanawiam się, czy ktoś ich nie nagłośnił. Tak potężnie brzmią. Także w końcowym „HEJ!!”, które dodatkowo wykrzyczane jest w harmonii i czyściutko. A to nie takie proste, gdy przez półtorej godziny siedzi się w milczeniu i daje mówić tylko instrumentom.

Publiczność nie chce puścić muzyków, ale to jeszcze nie czas na bisy. Festiwal dopiero się zaczyna…

Szczegóły programu TUTAJ. Każde wydarzenie szczerze polecam.

Kinga A. Wojciechowska

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów